— Moje uszanowanie! — zabrzmiał we drzwiach gruby głos ślusarza Michała.
— Jak się państwo mają? dobry wieczór! moje uszanowanie! — srebrnie dzwoniła wchodząca z mężem żona ślusarza.
Biały szkielet bez głowy, jedyny od lat wielu nieodstępny towarzysz Jadwigi, dziś w najgłębszy kąt pokoju zasunięty, aż prostować się zdawał od zdumienia nad niepospolitością widoku, który tego wieczora roztoczył się przed nim.
Ładna ślusarzowa, w różowym czepeczku na czarnych włosach, przysiadła się do Szyszkowej, i żywo, głośno, z częstym śmiechem i gestami, o swojem szczęśliwem życiu domowem, o zdarzających się w niem przecież często kłopotach gospodarskich, o chorobach, figlach, przedwczesnej zadziwiającej mądrości małego synka swego opowiadała.
Paulina, natychmiast prawie po swojem wejściu, uczepiła się Stanisława Ginejki, i przysadzista trochę, ale fertyczna, cała w loczkach, wstążkach, uśmiechach i błyskach oczu, zapytywała go, czy wiele już razy kochał się w życiu? czy teraz w kim się kocha? czy woli brunetki, albo blondynki? czy w tem mieście, z którego przybył, dużo jest przystojnych kawalerów? czy dobrze ona robi, że za mąż idzie? bo przecież wiadomo, że mężczyźni to niegodziwe tyrany i brzydkie wietrzniki...
On, po całodziennem rozmawianiu z babunią, rad był teraz porozmawiać z temi ponsowemi, rozpaplanemi i rozchichotanemi ustami, a wzajemnie żartując, dziwne dziwy na zadawane mu pytania prawiąc, głośnym śmiechem wybuchając, w błękitne jak niezapominajki, zalotne oczy szwaczki zalotnie też zaglądał.
Narzeczony tej ostatniej nie zwracał na to wszystko żadnej uwagi, oddał się bowiem cały poważnej rozmowie z Aleksandrem i ślusarzem Michałem, gdyż, jak sam mówił, o społeczeńskich sprawach lubił niezmiernie słuchać i mówić, a oni właśnie o zajęciach ludziom ich stanu dostępnych, o wartości i korzyściach różnych rzemiosł i pomysłów, o trudnościach i sposobach zdobywania odpowiednich umiejętności, z ożywieniem rozmawiali.
Gwar tych głosów rozmawiających, opowiadających, śmiejących się, od sufitu do podłogi napełnił nieduży pokój i wytworzył w nim atmosferę wesołości i przyjacielskiej poufałości, wśród której Jadwiga, zarumieniona i z błyszczącemi oczyma, krzątała się około jaknajlepszego przyjęcia gości. Przy najgorszych chęciach, niepodobnaby dziś było podobieństwa do cytryny w niej dopatrzyć. Żółtawa bladość jej znikła pod lekkim rumieńcem, tak, jak sztywność i suchość kibici ustąpiła przed lekkiemi, żywemi ruchami. Jakkolwiek wolałaby pewnie, aby Ginejkowie byli jej jedynymi gośćmi, bardzo ją cieszyło z drugiej strony, że spędzą w jej domu jakąś wesołą chwilę i zobaczą, że ona uprzejmą i gościnną być umie. Przytem, po wielu latach nieustannej samotności i żmudnej bez wytchnienia pracy, miała takie uczucie, jakby po długiem przebywaniu w samotnej i ciemnej celi, weszła do rzęsiście oświetlonej i tłumnie zapełnionej sali balowej. Z podskokiem też przybiegłszy do komody, nieznacznie z szuflady jej wyjęła rubla papierowego i Ambrożową pchnęła do miasta po półrublową butelkę wina i po bułki. Kiedy bal, to bal! Niechaj ci dobrzy ludzie, którzy przyszli do niej i przez to jej sympatyi swojej dowiedli, zobaczą, że dla gościnnego ich przyjęcia ona ostatniego choćby rubla nie żałuje. Potem, co będzie, to będzie! I cóż ma być zresztą? Do roboty weźmie się ze zdwojoną ochotą i siłą, — co teraz wydała, odpracuje.
W samowar Ignaś z całej siły dmuchał, nad ogniem po raz drugi dnia tego smażyły się kiełbasy. Ambrożowa, wróciwszy z miasta, więcej niż kiedykolwiek do pokornej i zwinnej myszy podobna, z kuchenki do pokoików i napowrót biegając, z pomocą Ignasia i współudziałem Jadwigi, w niespełna godzinę stół nakryła i zastawiła wieczerzę. Herbata, wino (półrublowe), kiełbasy, bułki, cytryna na cienkie krążki pokrajana, spodek masła i salaterka gotowanych śliwek, — uczta obfita, prawie wspaniała i najpewniej bardzo rzadko widywana we wszystkich przegródkach tego kotła, którym były czworokątne mury tego domu. Więc też mieszkańcy tych przegródek, bez żadnej ceremonii, zachwyt swój nad nią wyrażali tak czynem, jak słowem. Kiełbasę zajadali, do herbaty wrzucali cytrynę i wlewali wino, bułki masłem smarowali, śliwkami rozkoszowali się formalnie.
— Kiedy bal, to bal! To już prawdziwie powiedzieć można, że sąsiadka nas po świątecznemu uczęstowała! — twarde, wielkie wąsy co chwila ocierając, z ukłonami w stronę Jadwigi zwróconemi, powtarzał ślusarz Michał.