Żona jego dopytywała się Jadwigi o sposób przyrządzania śliwek, bo takich smacznych jeszcze jak żyje nie jadła. Paulina zaś trzepała, że panna Jadwiga wystąpiła dziś z fetą, jakby to jej wesele lub zaręczyny były, a narzeczonemu przy pierwszej sposobności do ucha szepnęła:
— Żeby tylko po tej wielkiej wesołości wielkich łzów nie było, bo ona w tym starszym Ginejce zakochała się po uszy, — już to ja widzę!
Ale gdy narzeczony nie odpowiadał wcale, bo pochłaniała go rozmowa o „społeczeńskich” sprawach, Paulina wołać zaczęła, że wszystkie te poważne rozmowy dobre na codzień, a w święto bawić się trzeba; możeby więc teraz i oni wszyscy w gry jakie pograli, a jeszcze lepiej, choć trochę potańczyli, choć trochę...
Rzecz dziwna, że na wspomnienie tańców, blademu i flegmatycznemu urzędnikowi oczy błysnęły; Stanisław też na krześle podskoczył, a Jadwiga zarumieniła się, bo spostrzegła, że Oleś, z drugiego końca pokoju, prawdziwą błyskawicę spojrzenia na nią rzucił.
Co moment zresztą i w którejkolwiek stronie pokoju była, spotykała się wzrokiem z szybkiemi, a jak błyskawica świecącemi spojrzeniami Olesia; wtedy też wątek rozmowy gubił i czoło dłonią pocierał. Wszystko to wprawiało czasem Jadwigę w zamyślenie do upojenia podobne, a czasem wzniecało w niej gorączkową wesołość.
W przystępie takiej wesołości w ręce klaskać zaczęła i wołać:
— Potańczmy! potańczmy trochę! Lecz zkądże wziąć muzyki, jakiejkolwiek choćby muzyczki, bo bez żadnej niepodobna przecież tańczyć?
Wtedy pewny różowy czepeczek, na pewnych czarnych jak heban włosach spoczywający, tryumfująco podniósł w górę niebardzo wykwintne kokardki.
— Michał na harmonii zagra!
I wysmukła kobieta, w czarnej sukni i różowym czepeczku, przyskoczyła do barczystego ślusarza.