— Co to panna Jadwiga ciągle pyta się tylko o braci i o braci! Są przecież na świecie bracia rodzone i nie rodzone. Ja mam nowiny o rodzonych i o nie rodzonych. Są między niemi dobre i są złe... które pierwej mówić: złe czy dobre? Ej, naprawdę, to jedna tylko nowina moja zła, a dwie dobre, — o jej! jakie dobre, wesołe!...
Obejrzała się po pokoju.
— A gdzież mama?
— Na nieszpory poszła...
— To i dobrze, bo pan Bolesław kilka razy mi przykazywał, żebym pani samej tylko wszystko opowiedziała, a potem niech tam pani sama co chce matce mówi, a czego nie chce nie mówi!
— Więc to coś bardzo złego?
— Jest i złe, ale dobrego więcej, a przecież umówiłyśmy się już, że zacznę od dobrych nowin... Ale, o kim pani chcesz, abym pierwej powiedziała: o rodzonych braciach, czy o nie rodzonych?
Jadwiga, bardzo niespokojna, niecierpliwie odrzuciła:
— Wszystko jedno. Niech już pani tylko choć raz powie, o czem tam pan Bolesław dowiedział się.
Obie tą żywą rozmową zajęte i od okna nieco oddalone, żadnej na nie uwagi nie zwracały i nie spostrzegły, jak przez dziedziniec przewlokła się stara przygarbiona kobieta, w kapeluszu ze starem piórem i z książką do nabożeństwa u piersi. Do połowy tylko nieszporów była w kościele, bo uczuła się tak słabą i zmęczoną, że modlić się jej było niepodobna.