— Jadziu! jedyna moja, kochana, złota! jak się masz?
Ręce jej pocałunkami zjadał, ale kiedy wyciągnął ramię, aby ją objąć, usunęła się, i plecyma o brzeg okna oparta, jak drewno zesztywniała. Wtedy spostrzegł, że twarz jej świeciła w zmroku bladością opłatka i miała wyraz strasznego bólu.
— Co tobie? Jadziu, duszko, najmilsza, co tobie?
— Nic wcale, tylko zdziwiłam się bardzo...
Uśmiechnęła się, ale mówiła tak cicho, że ledwie ją mógł dosłyszeć; przeraziła go sprzeczność pomiędzy jej uśmiechem a wyrazem całej twarzy.
— Na miłość boską, co tobie?
— Nic wcale... tylko prędzej już spodziewałabym się Stasia zobaczyć, niż ciebie...
— Dlaczego?... Ale co ci jest? taka jesteś zmieniona i jakaś inna!...
— Nic, nic... tylko, że to Staś przecież jechać miał po mamę...
— Wcale nie... ależ co to ma do bladości twojej i do tego, jak mię przyjmujesz?... Czyżbyś tak bardzo wolała, aby zamiast mnie, Staś tu...