A ja na jeden tylko wyraz zdobyć się zdołałem. Wskazując grobowiec, tonem zapytania wymówiłem:
— Matka?
W brzmieniu głosu mego musiało być to współczucie, które było w sercu, bo opuściła rękę z chusteczką i po raz pierwszy zwróciła ku mnie twarz, pomimo zapłakania piękną. Śniadawa brunetka, z rysami może nie doskonale regularnymi, ale z cerą delikatną i cudnemi oczyma, świecącemi, jak szafiry w oprawie podłużnej, pod czarnymi łukami gęstych brwi. Wiek jej określiłem sobie na lat około trzydziestu.
— Tak — odpowiedziała zcicha — to jest mogiła mojej matki.
I zaraz dodała:
— Jaki pan dobry!
— Musiałbym być chyba niepospolicie złym, gdybym nie współczuł wielkiemu żalowi pani...
Smutnie skinęła ręką.
— Już teraz, to nic! Przywykłam. Życie, jak rzeka, toczy się, szumi, a my, jak listki, płyniemy na niem coraz dalej, coraz dalej od tego, co za nami zostało...
Głos jej zadrżał znowu, oczy nabiegły łzami.