Podchwyciłem i dokończyłem myśl jej:

— W szumie życia milkną bóle nasze...

— Ani zupełnie, ani na zawsze nie milkną — zaprzeczyła — powracają, odzywają się, ale w przestankach...

Urwała; w nawpół spuszczonych jej oczach błysnęło coś nakształt ironii.

— Człowiek jest niepospolicie marnym...

— Sąd surowy! — zarzuciłem.

— O samej sobie go wydaję. Prawdziwy.

Oczy jej roziskrzyły się nagle.

— Przecież ja byłam pewną, że jej nie przeżyję, albo przynajmniej, że moje życie będzie już zawsze tylko torturą i żałobą... A potem!

Znowu nie dokończyła i uczyniła ręką gest pogardliwy.