W szkole tej wyłączywszy buchalterię i introligatorstwo, wszystkie inne działy mają za przedmiot sztuki lub rzemiosła mogące być praktykowanymi tylko w wielkim mieście, a na nic nieprzydatne prowincjom: jak np. zecerstwo, drzeworytnictwo. Nie utrzymujemy wcale, aby działy te były niepotrzebne, owszem, zawody, których nauczają, mogą być pożyteczne, ale jedynie w Warszawie; na prowincji chleba nie dadzą, cóż bowiem zecerka albo drzeworytniczka miałaby do roboty w miastach, gdzie mało albo nic wcale nie drukują i gdzie nie wydają ani pism, ani książek zilustrowanych?
Od samego początku istnienia w Warszawie szkoły rzemieślniczej dla kobiet, pisma periodyczne warszawskie nie przestają podawać cyfr dających smutny obraz jej prowadzenia. Zaprawdę, ze zdziwieniem przychodzi widzieć, jak mała ilość uczennic, stosownie do miejscowej ludności, korzysta z tak zbawiennego i wzorowo podobno urządzonego zakładu!
Najwybitniej przedstawia się fakt, że dział najbardziej, lubo zawsze niedostatecznie zapełniony jest ten, który ma za przedmiot introligatorstwo, to jest rzemiosło obejmujące najpewniejsze i najrychlejsze praktyczne korzyści. Czy nie nasuwa to przypuszczenia, że szkoła rzemieślnicza jako instytucja nowa u nas i potrzebująca wzbudzić dopiero dla siebie uznanie i zaufanie, czy szkoła ta nie miałaby od razu większego powodzenia, gdyby zawarła w sobie więcej podobnie praktycznych działów, szewiectwo np., rękawiczkarstwo, szmuklerstwo, tokarstwo, tapicerstwo, złotnictwo, rzeźbę na drzewie i kości słoniowej i tym podobne rzemiosła, będące w stosunku z codziennymi potrzebami mieszkańców nie tylko Warszawy, ale całego kraju?
Czy nie liczniej i spieszniej uczennice wstępowałyby do zakładu, gdyby wiedziały, że po skończeniu go nie zostaną specjalnością swoją na zawsze związane z Warszawą, ale że będą mogły rozwijać swą działalność wszędzie, gdzie ta pokaże się im najzyskowniejszą i gdzie jej najbardziej potrzebować będą? Czy ilość uczennic w szkole rzemieślniczej nie zdwoiłaby się osobami przybywającymi z prowincji dla wyuczenia się rzemiosła nieuprawianego wcale albo źle uprawianego w stronach, w których żyją?
Czy wielka ilość rodziców żyjących na wsi, zamiast oddawać córki swoje do lichych prowincjonalnych pensjoników lub chować je przy tanich guwernantkach, nie powierzyłaby je szkole rzemieślniczej, gdyby nie pewność, że zecerka i drzeworytniczka, nie mogąc lub nie chcąc pozostać w Warszawie, wszędzie indziej na nic się nie przyda?
Nie poważamy się stanowczo kwestii tych rozsądzać i dlatego przy każdej z nich położyliśmy znak zapytania. Co jednak wydaje się nam pewnym, to, że obecnie założona szkoła rzemieślnicza nie może rozszerzyć swego programu tak, aby nim objąć rzemiosła praktyczne, że się tak wyrazim, codzienne i powszechne, to już obok niej wznieść się powinna druga, rzemiosła te za cel mająca.
Bez tego szlachetna instytucja, mająca pragnienie szerzyć między kobietami propagandę pracy, nie dopełni swego celu albo dopnie go w sposób ciasny i wyjątkom tylko pożyteczny. Nie dość na tym; szkoły rzemieślnicze potrzebne są na całej przestrzeni kraju, każde większe prowincjonalne miasto posiadać je powinno, tak jak posiada żeńskie gimnazja i pensjony, i stan społeczności kobiecej, gdyby każda uczennica kończąca te gimnazja i pensjony, a nieczująca w sobie dość sił i uzdolnienia, aby sięgnąć po zaszczyty i powinności nauczycielskiego zawodu, znajdowała tuż obok siebie szkołę rzemieślniczą, ofiarującą jej możność przygotowania sobie w inny sposób spokojnej i wygodnej przyszłości.
Powstawaniu zakładów takich nic nie stoi na przeszkodzie; mają być one tylko wynikiem silnie poczutych potrzeb społecznych, uwolnionych od przesądów, pojęć i szlachetnej a gorącej inicjatywy ludzi dobrej wiary i woli.
Dla utorowania nowych dróg pracy kobiecej potrzebną jest przede wszystkim inicjatywa rodziców, pragnących córki swe sposobić na przyszłe pracownice, i kobiet, które samodzielnie szukają dla siebie sposobów pracowania.
Dziś rzemieślnicy, urzędnicy niemogący zapewnić córkom swoim posagu, mało zamożni, a licznym potomstwem obdarzeni właściciele ziemscy albo sposobią córki swe na nauczycielki, albo też i po największej części nie uczą je żadnej pracy, ale dawszy im tak zwaną edukację zasadzającą się na francuskim języku i grze na fortepianie, puszczają się na pełną trudów i niepowodzeń karierę poszukiwania zięciów. Jak często poszukiwania te bywają zawiedzionymi, ile przez podobne postępowanie rodziców wytwarza się szkód społecznych, świadczy o tym wielka ilość panien, które nie wyszedłszy wcale za mąż, stają się tak powszechnie wyśmiewanymi i unikanymi starymi pannami, i mnóstwo przykładów innych kobiet, które wyszedłszy za mąż dlatego, byle wyjść, z obawy niedostatku lub z powodu chwilowej zachcianki, stają się same nieszczęśliwymi żonami i unieszczęśliwiają swoich mężów.