— Biedna Karolino! — rzekła. — Ileś ty przecierpieć musiała, wyszedłszy w świat tak sama jedna, bez żadnych środków do życia...
— Dodaj do tego, moja droga — zawołała Karolina, patrząc ciągle w sufit — dodaj do tego, że wyszłam w świat z nieszczęśliwą miłością w sercu...
— Tak — dodała prostując się i zwracając wzrok na towarzyszkę — wiedz bowiem, że kochałam naprawdę, kochałam okropnie syna pani Herminii, tego pana Edwarda, który (pamiętasz go zapewne) śpiewał tak czule: „O aniele, co z tej ziemi!” i miał takie szafirowe oczy, którymi zdawał się patrzeć w samą głąb duszy... Tak kochałam go bardzo... byłam tak niedorzeczna, że kochałam...
Mówiła to wszystko tonem żartobliwym, przy ostatnich wyrazach wybuchnęła głośną, długą, dźwięczną gamą śmiechu.
— Tak — wołała śmiejąc się — byłam tak niedorzeczna... Kochałam!... O! Jakże byłam niedorzeczna!...
— A on? — ze smutkiem zapytała Marta. — Czy kochał cię także prawdziwie? Co uczynił wtedy, gdy ci matka jego z domu swego wyjść rozkazała na biedę, samotność i tułaczkę?...
— On! — z przesadnym pathos wymówiła Karolina. — On patrzył na mnie przez rok cały swymi prześlicznymi szafirowymi oczami, tak jak gdyby w głębię duszy mej przedrzeć się i zawojować ją wzrokiem swoim pragnął; śpiewał przy fortepianie pieśni, od których tajało mi serce, ściskał mi rękę w tańcu, potem całował obie moje ręce i przysięgał na niebo i ziemię, że kochać mię będzie do grobu, potem pisywał do mnie z pokoju do pokoju listy strzeliste i płomieniste, potem... gdy matka jego, jeden z listów tych wypadkiem przeczytawszy, rozkazała mi iść, dokąd mię oczy me poniosą, pojechał na karnawał do Warszawy; spotkawszy mię na ulicy, a byłam wtedy głodna, zrozpaczona, w łachmanach prawie ubrana, zarumienił się jak piwonia, spuścił oczy, minął niby nie poznając i w kilka dni potem w kościele pp. wizytek ślubował przed ołtarzem pięknej i bogatej dziedziczce wiarę i miłość dozgonną... Tak on mię kochał i to dla mnie uczynił...
I znowu zaśmiała się, ale tym razem krótko i sucho.
— Nikczemny! — z cicha wymówiła Marta.
Karolina wzruszyła ramionami.