Znowu milczały chwilę. Marta z wyrazem stanowczo­ści na twarzy podniosła głowę.

— Tak, Karolino, widzę sama, że mędrsza być musisz ode mnie, że dalej w życiu zaszłaś. Posiadasz dostatek, je­steś zapewne spokojna o swe jutro; gdybyś, jak ja, miała drobne dziecię, nie potrzebowałabyś oddawać je na po­niewierkę ludzką ani patrzeć, jak ci w oczach słabnie, blednie, niknie... Znam cię tak dawno, jak dawno sięg­nąć mogę pamięcią; byłyśmy razem dziećmi i młodymi dziewczętami, lubiłyśmy się wzajemnie... a jednak jam dotąd nie śmiała zapytać cię, skąd się wziął u ciebie ten dostatek, którym cię widzę otoczoną, jakim sposobem zdo­łałaś wybrnąć z ubóstwa, z nędzy, o której napomykałaś mi w swej rozmowie... Nie śmiałam zapytać cię o to, bo widziałam, żeś unikała pytań moich, ale, wybacz mi, Ka­rolino, źle to z twojej strony... dawnej towarzyszce zabaw twych dziecinnych, niezbyt dawnej jeszcze powiernicy rojeń twych młodych, powiedzieć powinnaś, jak zwalczy­łaś fatalizm ten, który czepia się kroków i przygniata gło­wy kobiet ubogich... Rzuci to może i na moją drogę świa­tło jakie...

— O, rzuci, rzuci to niezawodnie na drogę twoją świa­tło bardzo jasne, bardzo oświecające! — wymówiła ko­bieta z rozpuszczonym płowym włosem. Oczy jej wyglądały znowu jak dwa odłamy zimnego kryształu, w któ­rych przeglądają się barwy tęczowe, na drobnych ustach drżał migotliwy uśmiech, ale głos posiadał brzmienia pewne i spokojne.

Marta mówiła dalej:

— Kiedym po raz pierwszy sama jedna w świat we­szła, aby wałczyć o życie swoje i dziecka, powiedziano mi, że kobieta wtedy tylko z walki takiej wyjść może zwycięsko, jeśli posiada wyborną jakąś umiejętność, praw­dziwy i wydoskonalony talent... Czyś ty posiadała umie­jętność jaką, Karolino?

— Nie, Marto, nie posiadałam żadnej. Umiałam tylko tańczyć, gości bawić i ubierać się ładnie.

— O talencie nie słyszałam nigdy, abyś go miała...

— Nie miałam żadnego wcale talentu.

— Możeś miała102 bogatych krewnych, którzy ci majątek dali?

— Bogatych krewnych miałam, ale nie dali mi oni nic.