Co za myśl! Miałżeby on intencję zabijać kogoś? Nic na świecie nie było bardziej obcym czułemu sercu jego, nic bardziej nieprzystępnym myśli, wcale do dramatów wszelkich nie skłonnej, jak intencja jakiegokolwiek morderstwa. A jednak z jaką siłą przemawiała ona do niego! Jaka bolesna błyskawica strzelała z jej źrenic, jak była blada i jak piękna! Oleś oddałby w tej chwili bez wahania parę lat swego skrzydlatego, błogiego życia, aby móc zobaczyć ją, błagać o przebaczenie, wynagrodzić krzywdę, jeśli zadał jej jaką, i... odprowadzić ją do jej mieszkania.
Ba! Ale gdzie było to jej mieszkanie? Nie wiedział. Zmarszczył czoło, strzepnął niecierpliwie palcami i podnosząc głowę zawołał prawie ze złością:
— Teraz już ją chyba nie znajdę!
W tej samej chwili wbiegła z ulicy w bramę młodziutka panienka, podlotek jeszcze prawie, w obcisłej szubce i przedziwnie zgrabnym buciku. Na widok jej wyraz twarzy Olesia zmienił się nagle. Zdjął z pośpiechem kapelusz i kłaniając się ładnemu podlotkowi wymówił z uśmiechem:
— Jakże dawno nie miałem szczęścia widzieć panny Eleonory.
Podlotek nie wydawał się niezadowolonym ze spotkania.
— A! Już to pan Aleksander bardzo grzeczny, doprawdy! Bardzo grzeczny! Z miesiąc już u nas nie był. Babcia i ciocia kilka razy mówiły, że pan Aleksander jest niegrzeczny.
Pan Aleksander marzącym okiem ścigał ruch różowych usteczek, które szczebiotały te wyrazy.
— Pani! — rzekł. — Serce ciągnie ku domowi pani, ale rozum odradza.
— Rozum! Ciekawa jestem, dlaczego rozum ma odradzać panu bywać u nas?