— Utraciłam zajęcie w szwalni, w której zarabiałam czterdzieści groszy dziennie. Czy nie wiesz pan o jakim miejscu stosownym dla mnie, o jakimkolwiek...
Księgarz spuścił oczy i stał chwilę w milczeniu.
Do uprzedniego zakłopotania jego dołączyło się teraz trochę zmieszania, a nawet zniecierpliwienia.
— A! — rzekł po chwili, czyniąc obu rękami gest oznaczający pożałowanie. — Trudno, pani! Trzeba coś umieć, trzeba koniecznie coś umieć...
Nie dokończył swej myśli i umilkł. Marta ściskała w obu dłoniach końce chustki, którą miała na głowie.
— A więc — rzekła po chwili — cóż ja uczynię?
Powiedziała to w taki sposób, że księgarz podniósł wzrok i popatrzył na nią uważnie. Głos jej posiadał dźwięki krótkie i nieco ostre, w zapadłych oczach palił się ogień, ale nie boleści jak dawniej, nie milczącego, przejmującego błagania, lecz jakby tłumionego głuchego gniewu. Patrząc na nią i słuchając jej głosu, można by rzec, że do człowieka tego, z którym rozmawiała, czuła jakąś urazę, że czyniła go w duchu odpowiedzialnym po części za to, czego doświadczała.
Księgarz chwilę jeszcze pomyślał.
— Smutno mi — rzekł — bardzo smutno widzieć w takim położeniu żonę człowieka, którego znałem i poważałem. Zdaje mi się, że będę mógł jeszcze coś dla pani uczynić... chociaż będzie to tylko nowa próba. Znajomi moi, państwo Rzętkowscy, potrzebują teraz właśnie kogoś... kogoś do... pokojowej usługi... jeżelibyś pani miejsca takiego życzyła sobie.
— Proszę o nie pana — bez chwili namysłu rzekła Marta.