Nazajutrz po przeniesieniu się swym na poddasze Mar­ta o godzinie dziesiątej z rana była już na mieście.

Pilno jej znać23 było dojść do celu, paląca jakaś myśl, niespokojna nadzieja — popędzały ją naprzód, bo szła prędko, a zwolniła kroku wtedy dopiero, gdy znalazła się na ulicy Długiej. Tu jednak szła już coraz wolniej, słaby rumieniec wybił się na blade jej policzki, oddech stał się śpieszniejszym, jak bywa zwykle przy zbliżaniu się chwi­li upragnionej i zarazem strasznej, wzywającej do wysileń wszystkie władze umysłu i woli, obudzającej nadzie­ję, nieśmiałość. Kto wie? Wstyd może mimowolny, z przy­zwyczajeń całego życia, z surowej nowości położenia po­wstały.

Przed bramą jednej z najpokaźniejszych kamienic za­trzymała się, spojrzała na numer domu. Był znać tym samym, który miała w pamięci, bo po jednym dłuższym nieco i głębszym odetchnięciu z wolna zaczęła wstępować na widne i szerokie wschody24.

Zaledwie przebyła kilkanaście stopni, ujrzała zstępu­jące dwie kobiety. Jedna z nich ubrana była starannie, z pewnym nawet wykwintem, postawę miała pewną sie­bie, wyraz twarzy więcej niż spokojny, bo zadowolony. Druga, młodsza, bardzo młoda, w ciemnej wełnianej su­kience, wyszarzałym nieco szalu na ramionach, w kapelu­siku, który widocznie niejedną już jesień pamiętał, szła z opuszczonymi rękami, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Zaczerwienione nieco powieki, blada cera twarzy i szczu­płość kibici nadawały całej postaci młodziutkiej i dość ładnej dziewczyny tej wyraz smutku, słabości i zmęcze­nia. Dwie te kobiety znały się widać z bliska, bo rozma­wiały z sobą poufnie.

— Boże mój, Boże! — mówiła młodsza z cicha i nieco jękliwie. — Co ja teraz, nieszczęśliwa, pocznę? Ostatnia na­dzieja mnie zawiodła. Jak powiem matce, że i dziś jeszcze nie dostałam lekcji, rozchoruje się gorzej... A tu i jeść w domu tak dobrze, jak nie ma już czego...

— No, no — odrzekła starsza tonem, w którym obok współczucia odzywała się struna silnie uczuwanej wyż­szości własnej — nie martw się tak bardzo! Oto popracuj jeszcze trochę nad muzyką...

— Ach! Gdybym ja tak grać mogła jak pani! — zawo­łała młodsza. — Ale nie mogę...

— Talentu nie masz, kochanko! — wymówiła star­sza. — Cóż robić? Talentu nie masz!

Zamieniając te wyrazy dwie kobiety mijały Martę. By­ły tak zajęte, jedna zadowoleniem swym, druga swym smutkiem, że najmniejszej nie zwróciły uwagi na kobietę, której żałobna suknia z bliska przesunęła się koło nich. Ale ona stanęła nagle i wiodła za nimi wzrokiem. Były wi­docznie nauczycielkami, które opuszczały miejsce, do ja­kiego ona dążyła. Jedna z nich wprawdzie odchodziła z twarzą promieniejącą, ale druga ze łzami. Za pół go­dziny, za kwadrans może, ona także zstępować będzie z tych wschodów, po których teraz wstępuje. Czy radość, czy łzy dostaną się jej w udziale? Serce jej uderzało sil­nie, gdy poruszyła dzwonek przytwierdzony do drzwi, na których połyskiwała mosiężna blacha z napisem:

BIURO INFORMACYJNE DLA NAUCZYCIELI I NAUCZYCIELEK LUDWIKI ŻMIŃSKIEJ