— Na czymże pisać będę?
Na oknie stała flaszka z atramentem, leżały pióro i arkusz papieru.
Lekarz, zgięty na wpół, zapisał receptę.
— Dziecko ma zapalenie kanału oddechowego, inaczej bronchit. Ogrzej pani izbę i lekarstwo dawaj pilnie.
Powiedział jeszcze słów kilka i podjął z ziemi kapelusz.
Kobieta sięgnęła do kieszeni i w milczeniu podała mu rękę z pieniądzem w dłoni. Lekarz raz jeszcze szybkie spojrzenie rzucił dokoła i nie wyciągnął swej ręki.
— Nie trzeba — rzekł już przy progu. — Nie trzeba! Dziecko słabe jest i wyniszczone. Choroba będzie długa i lekarstwa zapewne liczne. Jutro przyjdę.
Odszedł. Wdowa upadła na kolana przed niskim posłaniem, przylgnęła piersią do piersi dziecięcej.
— O moje dziecko! Jedyne dziecko moje! — szeptała. — Przebacz twej matce, przebacz! Nie potrafiłam ogrzać cię i wyżywić, dałam cię na pastwę zimnu i głodowi! Jesteś słaba, wyniszczona... jesteś chora... o dziecko moje...
Zsunęła się bezwładnie z pościeli, czołem uderzyła o ziemię, ręce zatopiła we włosach.