Marta szła teraz, biegła raczej ku Krakowskiemu Przedmieściu. Miała zapewne na myśli dobroczynnego księgarza. Zaledwie przecież stanęła przed drzwiami księ­garni i spojrzała przez szyby, cofnęła się na chodnik. Zo­baczyła w księgarni kilka osób, parę pań wystrojonych, dwóch mężczyzn z wesołymi twarzami, którzy wybierali i kupowali książki.

*

Było to pomiędzy godziną wieczorną siódmą i ósmą, a więc w porze, w której wewnątrz i zewnątrz wielkie miasto wre najzawrotniejszym ruchem, jaśnieje najbogatszym strojem, do nieskończoności prawie mnoży w sobie zjawiska cywilizacji, które obejmują w posiadanie swe wnętrza gmachów i szlaki ulic, szerokie przestrzenie za­lewają rzęsistym światłem, muzyką, tłumami, gwarem. Życie wieczorne to połowa życia, większa może dla ludności grodu, na którego niebie przez długie miesiące słoń­ce kilka zaledwie godzin jaśnieje codziennie.

Krakowskie Przedmieście wrzało ruchem, kipiało ży­ciem i pośpiechem, któremu sprzyjała pogoda wieczorna. Drobny śnieżek marcowy spadł na zmarzniętą jeszcze zie­mię i oczyścił niebo z białawych obłoków. Teraz namiot niebieski roztaczał się nad miastem, głęboki, ciemny, gwiaździsty.

Nieustanny turkot kół, niby grzmot nieskończony, biegł środkiem szerokiej ulicy. Na chodnikach falowało tysiące głów ludzkich. Widno tam było tak prawie jak w dzień, bo prócz rozsianych gęsto gazowych latarni mno­gie okna magazynów rzucały na szeroką przestrzeń po­wodzie światła.

Na chodnikach głównych ulic Warszawy nigdy nie by­wa tak tłumnie, jak w tej właśnie porze. Jest to bowiem pora i pracowitych, i próżniaków. Pracowici śpieszą ku spoczynkowi lub rozrywce, próżniacy lubują się właści­wymi sobie żywiołami: wrzawą, w którą wsłuchują się bezmyślnie, rozmaitością widoków, na które się gapią, blaskiem pieszczącym zmysł ich wzroku, a może i tajem­niczym półcieniem wieczoru. W biegnącym tym, śpieszą­cym, gwarzącym tłumie znajduje się zapewne wiele dusz litościwych, ale dusze te czym innym teraz niż litowaniem są zajęte. Pochwycił je wir świata, dzień kończący się wezwał do pośpiechu; zabawy, interesa, uczucia w tej po­rze porwały wyobraźnię, zajęły myśli, dały cel pośpiesz­nym krokom. Oprócz tego przy świetle sztucznym mniej wyraźnie niż przy dziennym występują bruzdy na twarz cierpiącego, w zagasłych źrenicach przeglądają się pro­mienie lamp, naśladując blaski zdrowia i życia, turkot i wrzawa głuszą głosy zmęczonych piersi. Litościwe zaś dusze i ręce zatrzymują się tam nade wszystko i najdłu­żej, gdzie szkielet nędzy najgłośniej dzwoni nagimi kość­mi, najstraszniej spogląda trupimi oczami.

Od kwadransa już Marta była na Krakowskim Przed­mieściu.

Od kwadransa? Od roku, od wieku, od początku cza­sów!

Nie biegła już teraz, ale szła powoli, sztywna, niema; z nieruchomą twarzą i oczami szklanym wejrzeniem su­nącymi po twarzach przechodniów.

Płomieniste skrzydła, które godzinę temu miała u ra­mion, opadły, czuła się ogarnięta znowu śmiertelnym zmordowaniem. Szła jednak po smugach światłości; w półzmroku przed nią, nad nią, obok niej, pomiędzy gwiazdami nieba i twarzami ludzkimi na ziemi unosiła się i z milczącą skargą patrzała na nią twarz jej dziecka. Szła, bo na widok ludzi w głowie jej po raz pierwszy wyraźnie ozwała się myśl obwiniająca. Żal do ludzi zawrzał w jej piersi wszystkimi łzami, które w niej skrzepły, a teraz przemieniały się z wolna w kipiący wrzątek. Po raz pierw­szy myślała, że ludzie to winni są bezbrzeżnej jej niedoli, że powinni oni dźwignąć ciężar życia jej i jej dziecka. W tej chwili zagasło w niej do szczętu uczucie osobistej odpowiedzialności. Czuła się słaba jak dziecko, bezsilna i znużona jak istota konająca.