„Jakże byłam niedoświadczona myśląc, iż oczekiwać nie będę potrzebowała, jakże byłam nierozumna, spodzie­wając się od siebie samej rzeczy wielkich!”

Tak myślała Marta stojąc wieczorem u okna, za którym wisiało czarne niebo jesienne i wielkie miasto gwarzyło nieustannie.

„Co za natłok! Wszystkie stany, wieki, narodowości cisną się tam, kędy ja iść zamierzyłam! Czy utoruję sobie drogę śród tego tłumu i czym utoruję, skoro tak małe po­siadam narzędzia do walki! A jeśli nie wpuszczą mię wcale na drogę tę, jeżeli upłynie tydzień, dwa, miesiąc, a ja nie znajdę zarobku?”

Na myśl tę zimny dreszcz przebiegł po ciele Marty. Odwróciła głowę szybko i ogarnęła uśpioną główkę Janci takim wzrokiem, jakby się o nią nagle przelękła, jakby nagle ujrzała wiszące nad nią groźne jakieś niebezpie­czeństwo.

*

Brzydki to był szary, dżdżysty, błotnisty dzień listo­padowy, w którym Marta bardzo pośpiesznym krokiem dążyła z ulicy Długiej na Piwną, z biura informacyjnego do domu. Obłoki płakały, ale twarz młodej kobiety jaśnia­ła. Ludzie osłaniali się przed deszczem parasolami, przed chłodem płaszczami, ale ona nie osłaniając się niczym, obojętna na dokuczliwość natury, tak jak obojętna byłaby zapewne w tej chwili na jej pieszczoty, biegła lekko po zbłoconych chodnikach, z głową podniesioną, ze wzrokiem błyszczącym.

Nigdy jeszcze, odkąd na wysokim zamieszkała pod­daszu, przebycie wąskich, brudnych, ciemnych, trzypię­trowych wschodów nie przyszło jej z taką łatwością; uśmiechała się wydostając z kieszeni klucz ciężki i zardze­wiały, z uśmiechem przestąpiła, przeskoczyła niemal próg izby, przyklękła, otworzyła ramiona i milcząc przycisnęła mocno do piersi czarnookie dziecię, które z krzykiem ra­dości rzuciło się na jej spotkanie. Przylgnęła ustami do czoła dziewczynki.

— Dzięki Bogu, dzięki Bogu, Janciu! — szepnęła, chciała coś więcej powiedzieć, nie mogła; dwie łzy spły­nęły na uśmiechnione39 jej usta.

— Czego ty, mamo, śmiejesz się? Czego ty płaczesz? — zaszczebiotała Jancia, drobnymi rączkami muskając roz­palone policzki matki.

Marta nie odpowiedziała; zerwała się z ziemi i spoj­rzała w czarną głębię komina. Teraz dopiero uczuła, że była zmoknięta, że w izbie było zimno.