Maria po chwili namysłu przecząco wstrząsnęła głową.

— Z tym — rzekła — najtrudniej... mało osób uczy się rysunku, a do tego jeszcze nauczają go przeważnie męż­czyźni... Taki już zwyczaj.

— A więc — zaczęła Marta, ściskając rękę gospodyni domu — pozostaje mi tylko pożegnać panią i podziękować jej za okazywaną mi dobroć i uprzejmość.

Maria sięgnęła ręką po zgrabną kopertkę, w której wi­dać było parę asygnat, ale w tej chwili ktoś z boku do­tknął jej rękawa. Był to wesoły Oleś, który przez cały czas rozmowy stał z dala w postawie bardzo skromnej i z wyrazem twarzy wcale niewesołym. Oczy jego na wpół z zachwyceniem, na wpół ze szczerym politowaniem tkwi­ły w twarzy młodej wdowy, która na obecność jego nie zwracała najmniejszej uwagi. Być może, iż wchodząc do salonu widziała go, ale cóż obchodzić ją mógł jeden czło­wiek więcej, mający być świadkiem upokarzającego jej wyznania, skoro najstraszniejszym a nierozłącznym z nią świadkiem jego była ona sama? Cóż obchodzić ją mogło przypuszczenie, iż oczy czyjeś patrzą na nią w chwili, w której wzrok jej własny zapadał z przestrachem w głę­bię własnej jej nieudolności, w głębszą jeszcze otchłań czekającej ją doli? Marta tedy nie zwracała uwagi na obecność młodego człowieka, Maria zapomniała o niej i czując, że ją ktoś z lekka pociąga za rękaw, odwróciła twarz z trochą zdziwienia. Zdziwiła się bardziej jeszcze na widok fizjonomii Olesia. Ruchliwe oczy jego były teraz pełne smutku, usta okrążone zwykle pustym uśmiechem ułożyły się w zarys łagodny, a nawet trochę jakby po­ważny.

— Maryniu! — rzekł z cicha młody człowiek. — Mąż twój pracuje przy jednym z pism ilustrowanych, może by tam potrzebowano kogoś, kto umie rysować...

Maria klasnęła w ręce.

— Masz słuszność — zawołała — zapytam o to męża!

— Ale trzeba to zrobić zaraz! — zawołał Oleś ze zwy­kłą już sobie żywością. — Dziś właśnie sesja w redakcji...

— I mąż mój jest na sesji...

— Na sesji najłatwiej by o tym dowiedzieć się mo­żna...