— Jeżeli pani pozwoli — odrzekła — przyjdę tu sama zasięgnąć wiadomości.

Chciała zrazu dać swój adres, ale przemknęła jej przez głowę myśl, że młoda, szczęśliwa kobieta zapomnieć o niej może. Zawstydzała ją litość, jakiej była przedmiotem, ale bardziej jeszcze przestraszało przypuszczenie, że nadzieja zarobku, która błysnęła przed jej oczami, zniknie znowu i zostawi ją w okropnej niepewności, nieokreśloności po­łożenia.

„Zarobek! Jakiż to prozaiczny, trywialny, czysto ziem­ski wyraz!” — zawołacie może czytelnicy. Gdyby na miej­scu jego była tu jaka pałająca miłość, sercowa tęsknota, wzniosłe marzenie, uczucia i myśli młodej kobiety obra­całyby się we właściwszym dla nich kręgu moralnych zja­wisk, obudzałaby sympatii więcej, współczucie silniejsze! Być to może, nie wiem. Co pewna, to że Marta myślała albo przeczuwała, że jedyną rękojmią życia i zdrowia jedynego na ziemi przedmiotu jej miłości, dziecięcia jej, ukojenia tęsknoty, której pełnymi były samotne kąty ubogiej jej izby, nie już wzniosłości, ale czystości i uczci­wości jej marzeń i myśli, była praca — przynosząca zaro­bek. Marta myliła się może; przyszłość jej dopiero udo­wodnić miała prawdziwość lub błędność tego jej mnie­mania.

Po kilku jeszcze zamienionych wyrazach Marta Świcka żegnała gospodynię domu. Maria sięgnęła znowu po kopertę z liliowymi brzeżkami.

— Pani — rzekła z trochą nieśmiałości — oto jest dług, który względem niej zaciągnęłam za całomiesięczne nauczanie mej córki.

Marta nie wyciągnęła ręki.

— Nic mi się nie należy — rzekła — bo ja niczego wcale córki pani nie nauczyłam.

Maria Rudzińska chciała nalegać, ale Marta pochwy­ciła jej rękę, uścisnęła ją silnie w swych dłoniach i śpiesznie opuściła pokój. Dlaczego uchodziła tak śpiesznie? Pragnęła może umknąć po raz pierwszy w życiu doświad­czanej złej pokusie? Czuła, że pieniądze, które jej ofiaro­wywano, nie należały do niej, że nie zarobiła na nie ni­czym, chyba bezowocnymi dobrymi chęciami, że gdyby je przyjęła, popełniłaby postępek nieuczciwy. Toteż nie wzięła ich, ale gdy o szarej godzinie, dla oszczędności nie rozniecając w izbie lampy, przy niepewnym świetle dnia dogorywającego otworzyła swój pugilaresik i przeliczyła znajdujące się w nim sztuki drobnej monety; gdy pomy­ślała, że oprócz pieniędzy tych, starczyć mogących za­ledwie na dni parę, żadnych już innych nie ma, a te są resztkami sumy otrzymanej ze sprzedaży jednej z dwóch posiadanych przez nią sukien; kiedy mała Jancia, tuląc się do jej kolan, poskarżyła się na zimno panujące w izbie i poprosiła o zapalenie ognia na kominie, a ona odmówić jej tego musiała, bo zasób drewek był bardzo już szczu­płym, a o zwiększeniu go i marzyć teraz nie mogła; kie­dy na koniec ogarnęły ją ciemności nocne powiększające smutek, niepokój zamieniające w trwogę, przed oczami jej tajemną jakąś siłą wyobraźni wywołana przesunęła się zgrabna kopertka ozdobiona liliowymi brzeżkami, z trze­ma pięciorublowymi asygnatami wewnątrz. Marta zer­wała się z siedzenia i zapaliła lampę. Widmo niezapracowanych pieniędzy znikło wraz z ciemnością, ale w umy­śle Marty pozostało po nim głuche przerażenie.

— Mogłożby52 to być — zawołała — abym żałowała te­go, iż nie popełniłam nieuczciwości?

Głęboko zawstydzająca myśl ta wzbudziła w niej re­akcję ducha, nowe wyprężenie upadłej na chwilę energii.