Gospodyni domu zerwała się z sofki i szybko parę ra­zy przebiegła pokój. Długi ogon jej sukni szemrał, sunąc się po posadzce, na twarz jej, na której tu i ówdzie ukazy­wały się ślady niedobrze startego pudru ryżowego, wybił się lekki rumieniec zakłopotania.

— Przypierasz mię do muru! — zawołała stając przed Marią. — Przykro mi będzie wymówić to, co wymówię... ale przecież ciebie bez odpowiedzi pozostawić nie mogę. Odpowiem ci: publiczność nasza nie lubi kobiet sprzeda­jących w sklepie... przekłada nad nie mężczyzn.

Maria zarumieniła się trochę i wzruszyła ramionami.

— Mylisz się, Ewelino — zawołała — albo mówisz znowu nieszczerze; to być nie może...

— A ja ci powiadam, że tak jest... młodzi, dobrze uło­żeni, przystojni sklepowi sprawiają dobry efekt, pociąga­ją do sklepu nabywców, a raczej nabywczynie...

Tym razem twarz Marii zapłonęła wstydem i oburze­niem. Ostatnie przemogło.

— Ależ to szkaradzieństwo! — zawołała. — Jeżeli mó­wisz prawdę, nie wiem już doprawdy, czemu ją przy­pisać...

— I ja nie wiem, czemu fakt ten przypisać należy, po prawdzie nie zastanawiałam się nigdy bardzo nad jego powodami... co mi do tego...

— Jak to... co ci do tego, Ewelino? — przerwała zno­wu Maria. — Czyż nie rozumiesz, że stosując się do tego, jak powiadasz, zwyczaju, schlebiasz jakiemuś złemu, nie wiem dobrze, jakiemu mianowicie, ale najpewniej złemu...

Właścicielka sklepu stanęła na środku pokoju i wpa­trzyła się w Marię szeroko otwartymi oczami.