— Zapewne, że nie — wyjąkała Maria.

— Widzisz więc — rzekła Ewelina — że powinnaś mię mieć za usprawiedliwioną, jeśli życzeniu twemu zadość nie uczyniłam. Fakt wytrącania z dziedziny przemysłu kobiet ubogich jest zapewne smutny, ale na konieczność jego i nieuniknioność składają się tak kaprysy i niezupeł­nie jasne instynkty kobiet bogatych, żądnych rozrywki i Bóg wie jakich wrażeń, jak niedołężność, płochość, płyt­kość kobiet ubogich potrzebujących pracy, a pełnić jej nie umiejących. Kiedy pierwsze porozumnieją i wyszlachetnieją, a drugie okażą się lepiej przygotowanymi do peł­nienia zajęć ścisłych i obowiązkowych, wtedy odprawię moich subiektów, a ciebie poproszę, abyś na ich miejsce wybrała dla mnie z liczby twych protegowanych panny sklepowe.

Przy ostatnich słowach Ewelina D. z cechującą ją ży­wością ucałowała Marię w oba policzki.

Siedząca w sklepie kobieta w żałobie usłyszała szelest sukni i kroków swej chwilowej opiekunki wtedy, gdy ta znajdowała się jeszcze u szczytu schodów. Słuch jej był znać wyprężony, niecierpliwość wielka. Powstała i zato­nęła oczami w twarzy zstępującej ze wschodów kobiety. Po kilku sekundach patrzenia ręka jej zadrżała lekko i oparła się o poręcz krzesła. Ze spuszczonych oczu Marii i żywych rumieńców, które wystąpiły na jej policzki, od­gadła wszystko.

— Pani! — zbliżając się do Marii rzekła z cicha. — Oszczędź sobie przykrości opowiadania mi szczegółów. Nie przyjęto mię... wszak prawda?

Maria potwierdzająco skinęła głową i w milczeniu uścisnęła dłoń Marty. Wyszły ze sklepu i stanęły na sze­rokim chodniku ulicy. Marta była bardzo blada. Można by rzec, że ogarnął ją chłód dolegliwy, bo drżała trochę pod futrzanym okryciem, i że wstydziła się czegoś głębo­ko, bo nie mogła oderwać oczu od kamieni chodnika.

— Pani! — pierwsza ozwała się Maria. — Bóg widzi, jak mocno boli mię niemożność dopomożenia ci na twej trudnej drodze. Z jednej strony zapiera ci ją własne twe niedostateczne przygotowanie, z drugiej obyczaj, brak inicjatywy, zła sława, której używają kobiety pracow­nice...

— Rozumiem — z wolna i cicho wyrzekła Marta. — Nie przyjęto mię tu, bo opiera się temu zwyczaj, bo nie obudzam zaufania...

— Daj mi, pani, swój adres — unikając odpowiedzi, rzekła Maria. — Może dowiem się o czymś dla pani poży­tecznym, może będę kiedy mogła być jej pomocna...

Marta wymieniła nazwę ulicy i numer domu, w któ­rym mieszkała, potem podnosząc oczy, w których malo­wała się gorąca wdzięczność, obie ręce wyciągnęła ku do­brej kobiecie, chcąc ująć i uścisnąć jej dłonie.