Dwie siostry podały sobie ręce, przywitanie ich było krótkie i milczące. Emilia odeszła na opuszczone przed chwilą swe miejsce, Klara zwróciła się do naczelniczki za­kładu.

— Pani Szwejc! — rzekła. — Oto jest pani Marta Świcka, która życzy sobie znaleźć u pani robotę.

Szwejcowa od kilku już chwil patrzała na Martę, ale wyrazu oczu jej nie można było dojrzeć, bo okryte one by­ły okularami. Głos jej przecież brzmiał bardzo uprzejmie, słodko, nieledwie czule, gdy na odezwę Klary odpowie­działa:

— Bardzo wdzięczna jestem pani... jakże? Pani Świckiej, że pomyślała o skromnym moim zakładzie, ale do­prawdy... tyle już mam robotnic, że nie wiem, czy będę mogła...

Marta chciała coś mówić, ale Klara pociągnęła z lekka rękaw jej okrycia i szybko wpadła jej w mowę.

— Moja pani Szwejc — rzekła z rezolutnością osoby zupełnie niezależnej, a poniekąd wyższość swą czującej — po co tu daremnie słowa tracić? To samo mówiłaś pani Emilce, kiedy po raz pierwszy tu przyszła, a jednak przy­jęłaś ją... cała rzecz w tym, żeby zgodzono się na jak naj­mniejszą opłatę, nieprawdaż?

Szwejcowa uśmiechnęła się.

— Panna Klara zawsze żywego temperamentu — rze­kła z jednostajną słodyczą. — Porównywasz pani opłatę, jaką pobierają robotnice u pani N., z tą, jaką dać może biedny nasz zakład, i dlatego wydaje się pani, że płacimy zbyt mało...

— O tym, co mi się wydaje, kochana pani Szwejc, wiem już ja sama — przerwała Klara. — Chciałabym tyl­ko, abyś pani jak najprędzej powiedziała, czy pani Świcka znajdzie tu dla siebie robotę, bo w przeciwnym razie pój­dziemy gdzie indziej...

Szwejcowa splotła ręce na piersi i spuściła głowę.