— A cóż? Na takich, na jakich pracują wszystkie te panie, czterdzieści groszy na dzień. Dziesięć godzin roboty.

Klara przecząco wstrząsnęła głową.

— Pani Świcka nie będzie za taką cenę pracować — rzekła rezolutnie i śmiejąc się dodała. — Czterdzieści gro­szy za dziesięć godzin roboty, to znaczy cztery grosze za godzinę... To żart chyba.

Zwróciła się do Marty i rzekła:

— Chodźmy, pani, gdzie indziej.

Klara zwróciła się już do drzwi, ale Marta nie postąpi­ła za nią. Stała chwilę jak przykuta do miejsca, nagle pod­niosła głowę i rzekła:

— Zgadzam się na warunki pani. Będę szyła po dzie­sięć godzin dziennie za czterdzieści groszy.

Klara chciała jeszcze coś mówić, ale Marta nie dopu­ściła ją do słowa.

— Tak już postanowiłam — rzekła i ciszej dodała. — Samaś74 przed godziną mówiła, panno Klaro, że lepiej mieć coś jak nic.

Umowa stanęła. Od następnego dnia Marta rozpocząć miała zawód szwaczki w zakładzie Szwejcowej. Na koniec więc po długich poszukiwaniach, po trudach podejmowa­nych nadaremnie, upokorzeniach również nadaremnie przenoszonych, po bezowocnym szamotaniu się śród dróg różnych i żebraczym pukaniu do drzwi wielu Marta znala­zła robotę, możność zarobkowania, tę podstawę, na której budować się musiał byt jej i jej dziecka. A jednak, gdy zmęczona długim chodzeniem po mieście wróciła do swej izdebki, nie uśmiechała się tak jak owego dnia szczęśliwe­go powrotu z biura informacyjnego, nie otworzyła ramion ku biegnącemu ku niej dziecięciu i nie powiedziała mu ze łzą w oku i z uśmiechem na ustach: