Tłumem gwarnym, kłótliwym, posępnym tłumem ci­snęły się myśli nowe, dotąd nieznane, do głowy młodej kobiety siedzącej w wielkiej, mrocznej, wilgotnej izbie ulicy Freta nad kawałkiem płótna, które zszywała pilnie, podnosząc i w dół opuszczając rękę w jednozgodny takt z dwudziestu rękami, które wkoło niej podnosiły się i opadały.

Przychodząc tu po raz pierwszy jako robotnica, Marta uważniej niż dnia poprzedniego rozejrzała się pomiędzy licznym gronem współtowarzyszek pracy i doli.

Wielkim było jej zdziwienie, gdy dostrzegła, że więk­sza ich część składała się z kobiet, których delikatne twa­rze, giętkie kibicie, białe ręce objawiały pochodzenie z in­nej towarzyskiej sfery niż ta, w którą zapadły: poranek życia bynajmniej niepodobny był do południa jego i wie­czora. Były tam zresztą kobiety różnych wieków, po­wierzchowności, różnych też widocznie usposobień.

Jedne z nich siedziały na stołkach milczące i nierucho­me z wyjątkiem rąk, które poruszały się nieustannie. Gło­wy ich, godzinami spuszczone nad robotą, w chwili opu­szczania jej podnosiły się z widoczną ciężkością; przy wyjściu z sali nogi ich wlokły się powoli, a zagasłe źreni­ce, wciąż prawie okryte zaczerwienionymi powiekami, ani jedną iskrą, ani jednym promieniem nie rozpalały się nawet na widok południowego słońca ozłacającego pełne ruchu ulice miasta, nawet na widok tego ruchu, ani na od­głos swobodnych głosów ludzkich, otaczających je pełnym życia gwarem, wtedy gdy one, nieme i onieczulone76, wy­chodziły na świat boży z posępnej swej pracowni.

Suknie ich były podarte, błotem ulic poplamione; wło­sy ich zaledwie przyczesane, w bezkształtny kłąb z tyłu głowy zwinięte, rozsypywały się w nieładzie po chudych szyjach i tylko kiedy niekiedy jeszcze jakiś płócienny, lecz nieskażonej białości kołnierz, jakaś obrączka ślubna na palcu połyskująca i złotymi połyskami całej znędzniałej postaci urągać się zdająca przypomi­nały jakieś przyzwyczajenia dawne, jakieś uczucia i związki serdeczne, które upłynęły w dal niedo­ścigłą na zbyt wartkiej fali niepowrotnej przeszło­ści. Były to istoty, które już zmęczone krótką przebytą drogą, omdlałe na sercu i umyśle, z chorym cia­łem, a w nim z konającym duchem, wlokły ciemne, cięż­kie, beznadziejne swe istnienia, milczeniem, niby ostat­nią przez los im zostawioną szatą, osłaniając upornie77 poranione swe wnętrza.

Nie one jednak, nie te omdlałe ciała i śmiertelnie smu­tne duchy, przedstawiały w pracowni Szwejcowej widok najsmutniejszy. Najbliżej okien, na kształt niewolnych ptaszków pomiędzy kratami klatki szukających blasku dziennego, umieszczały się robotnice młodsze od innych, jeżeli nie latami życia, to latami cierpień, z większą ży­wotnością w charakterach, z uporczywszymi pragnienia­mi w piersiach, z uśmiechem, który, dławiony i powścią­gany, skonać jednak nie chciał ani w sercu, ani na ustach. Twarze ich były blade i chude, odzież bardzo uboga. Ale pod bladymi czołami błyskały tam oczy co chwilę niemal podnoszące się znad roboty, spojrzeniem szukające spoj­rzeń towarzyszek, figlarne niekiedy albo urągliwe i zło­śliwe, albo jeszcze niecierpliwie rwące się wzrokiem kędyś poza wilgotne, mroczne ściany izby. Od czasu do cza­su pośród zapadłych, co dzień prawie głębszą żółcią po­wlekających się policzków zjawiały się uśmiechy, wyra­zem swym do wyrazu spojrzeń podobne: swawolne, szyderskie, tęskne lub marzące. Były tam głowy wspaniale okryte bogactwem warkoczów, śród których niekiedy ja­kaś wstążeczka, kokardka, tasiemka choćby błyszczała ró­żową lub niebieską barwą; sznur kolorowych paciorek o­taczał czasem szyję, urągając jakby dziurom i łatom sta­nika, któremu niby ozdobą miał służyć. A wszystkie spoj­rzenia te, uśmiechy i ozdoby boleśniejszy i bardziej zagadkowy przedstawiały widok niż milczenie, omdlałość i onieczulenie innych robotnic... Objawiała się w nich ja­dowita sprzeczka uczuć i pragnień z gniotącymi je wa­runkami bytu, marzeń o zbytku z głęboką nędzą. Tam nastąpił już upadek bierny, tu grozić się zdawał co chwi­lę upadek czynny. Tamte nędzarki bliskimi już były koń­ca ziemskiej wędrówki, te zbliżały się ku początkowi — występnego życia. Przed tamtymi roztwierał się grób, przed tymi — kałuża.

Kiedy Szwejcowa i córka jej stały przy wielkim czar­nym stole, zupełna na pozór cisza panowała w pracowni i jedynym wyraźnym odgłosem były ostre dźwięki ogrom­nych nożyc nieustannie prawie poruszanych wprawnymi palcami.

Cisza ta przecież była pozorna; oprócz jedynego panującego nad nią wyraźnego odgłosu było tam mnóstwo od­głosów innych, niewyraźnych tylko, przerywanych, ale tworzących szmer nieustanny i z cicha falujący, wybu­chający niekiedy niecierpliwą jakby falą, to znowu opa­dający i zlewający się niemal z ciszą. Szmer ten składał się z szelestu dwudziestu przeszło poruszających się rąk, z oddechu dwudziestu piersi, z kaszlów suchych i krót­kich lub gwałtownych i zanoszących się, z szeptów zale­dwie poruszających się ust, z cichutkich i szybko tłumio­nych chichotów. Robotnice siedzące w głębi pracowni kaszlały; robotnice garnące się ku oknom szeptały i chi­chotały. Szwejcowa podnosiła niekiedy głowę i zza okularów toczyła dokoła izby uważnym spojrzeniem. Oczy jej przenikliwym blaskiem połyskiwały zza grubych szkieł: doglądała roboty. Niekiedy kładła nożyce na stole i przewlekłym, miodowym głosem rozpoczynała długą mowę.

Mówiła o tym, jako w innych pracowniach robotnice tracą zdrowie nad maszynami, które, jak wiadomo, wy­czerpują siły i sprowadzają różne defekty, i jako ona wy­rzekła się wszelkich korzyści, jakie by osiągnąć mogła przez wprowadzenie do zakładu swego maszyn, byleby tylko nie obciążyć sumienia swego grzechem niszczenia zdrowia bliźnich. Sumienie bowiem to rzecz najważniej­sza, wszystko zresztą jest próżną mamoną. Szwejcowa jedno tylko robotnicom swym stawiła wymaganie. Oto, aby obyczaje ich były nieskazitelnymi. Pod tym wzglę­dem jednak była ona nieubłagana, raz dlatego, że nie chciała, aby zakład jej przedstawiał widok zgorszenia, na koniec, że obawiała się utracić klientelę z osób zacnych i bezpośrednio zatem zostać pogrążona w nędzy z dziećmi swymi i wnukami.

Robotnice słuchały przemówień tych w głębokim mil­czeniu. Prawdopodobnie nie było pomiędzy nimi ani jed­nej, która by wierzyła słowom Szwejcowej. Prawdopo­dobnie wszystkie one wiedziały o tym, że były wyzyski­wanymi, a jednak słuchały i milczały kornie. Wiedziały, że poza ścianami tej izby, która je mieściła, dla żadnej z nich nie było nic prócz grobu albo — kałuży.