Księgarz-wydawca stał jak zwykle za kontuarem, za­jęty zapisywaniem cyfr i notat w wielkiej książce. Przy wejściu Marty podniósł głowę. Ukłonił się wchodzącej bardzo uprzejmie.

— Skończyłaś już pani pracę swą — rzekł, biorąc rękopis z ręki Marty. — To dobrze, czekałem na nią z nie­cierpliwością. Dzieło to wydanym być powinno teraz lub nigdy... Kwestia bieżąca, paląca czekać nie może... Dziś obchodzi ogół, jutro może mu być obojętna. Z przejrze­niem rękopisu pośpieszę. Chciej pani przyjść jutro o tej samej porze, a będę mógł udzielić jej wiadomość stanow­czą.

Dnia tego w pracowni Szwejcowej Marta niewiele wykonywała roboty. Usiłowała spełniać jak najlepiej to, co pomimo wszystkiego mieniła swym obowiązkiem, ale nie mogła. Ręce jej drżały, chwilami ciemna mgła przysła­niała oczy, serce uderzało z mocą oddech w piersi tamu­jącą. Teraz, w tej chwili może, księgarz-wydawca rozwi­ja jej rękopis, czyta go... przebiega może oczami piątą stronicę... O! Żeby też przebiegł ją szybko, bo tam właśnie znajduje się ustęp, który, najtrudniejszy do zrozumienia, najmniej dobrze wyszedł w przekładzie... za to koniec rękopisu, ostatnie jego karty przełożone są wybornie... Pi­sząc je, Marta czuła sama, że porywa ją rzeczywiste natchnienie, że myśl mistrza odzwierciadla się w jej sło­wach, jak wspaniałe oblicze mędrca w przeczystym zwierciadle... W mieszkaniu Szwejcowej zegar uderzył godzinę dziewiątą, robotnice rozeszły się, Marta wróciła do swej izby. O północy wyobrażała sobie, że księgarz-wydawca teraz właśnie zamyka zakreślony przez nią, a przez niego przeczytany zeszyt.

Cóż by była dała za to, gdyby widzieć mogła w tej chwili fizjonomię jego? Jestże ona zadowolona lub zasę­piona, surowa lub obiecująca spełnienie jej nadziei? Bia­ły dzień wnikał do izby, gdy Marta, oparta o poduszkę, oczami, które przez noc całą nie zamknęły się ani na chwilę, wpatrywała się w widniejący za drobnymi szyba­mi kawałek nieba. W oczach tych, rozwartych szeroko, nieruchomych pod bladym czołem malowało się głębokie błaganie, tryskała z nich niema, lecz gorąca modlitwa. O godzinie ósmej miała według zwyczaju udać się do szwalni, ale nogi tak drżały pod nią, głowa jej tak płonę­ła i piersi tak bolały, że opuściła się na stołek, czoło obję­ła dłońmi i powiedziała sobie:

— Nie mogę...

Wstając, czesząc swe długie jedwabiste włosy, wkładając żałobną, zestarzałą suknię, sporządzając napój po­ranny dla dziecka i nawet rozmawiając z Jancią, wciąż jedną myśl miała w głowie: „Przyjmie pracę moją, czy nie przyjmie? Umiem prace takie spełniać, czy nie umiem?”. „Kocha, nie kocha” — szeptała urocza Gretchen, obrywa­jąc z kolei śnieżne listki polnej astry. „Umiem, nie umiem” — myślała uboga kobieta, rozpalając na kominie dwa biedne polana, warząc nędzną strawę, zamiatając po­sępną izbę i tuląc do piersi blade ukochane swe dziecię. Któż zdoła na pewno określić, w której z dwóch tych pytających kobiet spoczywał głębszy, straszniejszy dramat, którą w okrutniejszy sposób odpowiedzią swą los miał zgruchotać, która z nich była nieszczęśliwsza i mniej wymagając od ziemi srożej zagrożona?

Około godziny pierwszej po południu Marta była zno­wu na chodniku Krakowskiego Przedmieścia. Im bardziej zbliżała się do mety, ku której dążyła, tym więcej zwal­niała kroku. Znalazła się już przed drzwiami księgarni i nie weszła jeszcze; postąpiła w przeciwnym kierunku, oparła się ręką o balustradę otaczającą jeden z pysznych pałaców i stała chwilę z pochyloną głową.

W kilka minut dopiero potem przestąpiła próg, za którym czekała na nią radość lub rozpacz.

Tym razem oprócz właściciela zakładu znajdował się w księgami niemłody mężczyzna w okularach, z wyłysia­łą czaszką, z wielką twarzą o szerokich i pulchnych po­liczkach. Siedział w głębi obszernej sali nad kilkudziesię­ciu tomami, rozrzuconymi po obszernym stole, z książką w ręku. Marta najmniejszej nie zwróciła uwagi na nieznanego sobie człowieka, nie widziała go prawie. Wszyst­kie władze jej ducha skupiły się w jej oczach, które od progu zaraz spotkały twarz księgarza i w niej utonęły. Księgarz siedział tym razem za kontuarem i czytał gaze­tę. Przed nim leżał zwój papieru. Marta poznała swój rękopis i uczuła dreszcz przebiegający ją od stóp do gło­wy. Dlaczego rękopis ten znajdował się tutaj i zwinię­tym był tak, jakby miał wnet oddanym zostać komuś? Być może, iż księgarz gotuje się pójść zaraz do drukarni i dlatego położył przed sobą ten zeszyt, może zresztą nie przeczytał go jeszcze, nie miał czasu... W każdym razie nie na to leży on tu, aby wręczonym być tej, która spę­dziła nad nim kilkadziesiąt nocy, ukochała go, wypieści­ła, zamknęła w nim najdroższą swą nadzieję... jedyną na­dzieję! Nie, tak być nie mogło! Przez Boga miłosiernego, tak być nie mogło! Myśli te snopem palących błyskawic w kilku sekundach przeleciały przez głowę Marty.

Postąpiła ku księgarzowi, który powstał i oglądając się na obecnego w księgarni niemłodego mężczyznę poda­wał jej rękę. Trudność tę Marta spostrzegła, lecz wnet przypisała ją obecności świadka. Ten ostatni przecież zdawał się być zanurzonym w czytaniu; od miejsca, na którym naprzeciw księgarza stała Marta, dzieliło go kilkanaście kroków. Marta odetchnęła z głębi piersi i zapy­tała z cicha: