Hersz wskazał jej oczami ławę, na której też wnet usiadła.
— Frejdo! — zaczął — czy ty słyszała o tym, co u nas działo się w miasteczku?
— Słyszałam — odpowiedziała z cicha — brat mój, Joze, zachodził do mnie i mówił, że ty bardzo kłócił się dziś z reb Nachimem.
— On chce mnie zjeść, tak jak pradziad jego zjadł mego pradziada.
W czarnych oczach Frejdy odmalowała się trwoga.
— Hersz! — zawołała. — Ty z nim nie kłóć się! On wielki i święty! Za nim wszyscy będą.
— Nu — po chwili milczenia odpowiedział z uśmiechem mąż — już ty nie lękaj się! Teraz już inne czasy idą! On mnie nic nie zrobi. A ja nie mogę zamykać moich ust, kiedy moje serce głośno krzyczy na mnie, żebym ja gadał! I ja nie mogę patrzeć na to, jak ten człowiek mówi, że to, co dobre jest, złe jest, a głupi naród patrzy jemu w oczy i krzyczy potem to, co i on, choć nic nie rozumie. Nu! A skąd on ma co rozumieć? Czy Todrosy uczyli jego kiedy rozpoznawać złe od dobrego i to, co było, z tym, co będzie?
Po chwilowym milczeniu Hersz zaczął znowu:
— Frejda!
— Co, Herszu?