Były to zaręczynowe podarunki, które Saul w imieniu Meira przysłał Merze nazajutrz zaraz po jej przybyciu do Szybowa. Od dwóch dni patrzyły już na nie matka i ciotka narzeczonej, a napatrzyć się jeszcze nie mogły. Matka Leopolda czuła się jednak zmartwioną nieco tym, że syn jej przywiózł przyrzeczonej sobie Lii podarunki nierównie skromniejsze niż te, które od Meira otrzymała Mera.
— Nu! Szczęśliwa dziewczyna — mówiła, kołysząc głową. — Jej Pan Bóg prawdziwe szczęście dał! Takie podarunki! Tacy bogaci ludzie! Co to! A dlaczego on tu nie przychodzi? — zwróciła się z zapytaniem do siostry.
— Iii! — z pogardliwym gestem odrzekła pani Hana. — To prości ludzie! U nich taki zwyczaj, że narzeczeni nie bywają u swoich narzeczonych!
— On młody! — wtrącił Eli. — Wstydzi się!...
Mera usiadła w tej chwili przy stole i oparłszy głowę na ręku, smutnie jakoś zamyśliła się. Leopold w zamian zaśmiał się głośno.
— Już ja pewno nie poślę zaręczynowych podarunków — rzekł — dopóki dziewczyny tej nie zobaczę!
— Nu! Ty ją zobaczysz! — uspokajająco odrzekła matka. — My do nich dziś z wizytą wszyscy pójdziemy!
— A co to za dziewczyna? — zapytała znowu siostry.
— Iii! — odparła jak pierwej pani Hana. — Prosta dziewczyna!
— Ojciec jej, Rafał, daje za nią sześć tysięcy rubli! — wtrącił Eli.