Leopold ściągnął brwi chmurnie.

— A co mnie z tego? — rzekł. — Czy ja mogę z sześciu tysięcy utrzymać się?

— Handel zaczniesz! — zauważył kupiec.

Ale matka ładnego chłopca z gniewem nieledwie zwróciła się ku szwagrowi:

— Handel! — zawołała. — On nie do handlu wychowany! Czy my na to dawaliśmy jemu wielką edukację, żeby on handlował? On pięć klas skończył i urzędnikiem jest! Teraz on bierze małą pensję, to prawda! Ale co to można wiedzieć, co z człowiekiem stanie się! On może gubernatorem będzie! Co to można wiedzieć?

Leopold podniósł brwi w sposób oznaczający, iż czuł się w istocie stworzonym do przepowiadanych mu przez matkę zaszczytów i że przeciw ukazywanej mu perspektywie gubernatorstwa nic a nic nie miał.

Eli uśmiechnął się nieznacznie, ale nie zaprzeczył niczemu. „A co to szkodzi — myślał — że oni głupstwa gadają? Niech sobie gadają!”

W tejże chwili ładniutka Mera podniosła utrefioną główkę i do ciotecznego brata przemówiła:

Cousin! Comme c’est ennuyant ici92!

Oui, cousine! Cette vilaine petite ville est une place tres ennuyante93! — odparł wydymając usta młody człowiek.