— Jestem Meir, wnuk Saula — rzekł, podając gościowi rękę. — Chcę bardzo ciebie poznać, ażeby wiele rzeczy tobie powiedzieć i od ciebie posłyszeć...
Leopold ukłonił się wykwintnie, lecz ceremonialnie i zaledwie dotknął otwartej, ciepłej dłoni rówieśnika. Smutek mignął w rozjaśnionych radością oczach Meira.
— Ty nie bardzo chcesz mię poznać — rzekł — i ja temu nie dziwię się. Ty jesteś edukowanym, nauki wszystkie posiadasz, a ja prosty Żyd, który Biblię i Talmud zna dobrze, ale więcej nic. Jednak ty mię posłuchaj! Ja wiele różnych myśli w mojej głowie noszę, ale tylko one jeszcze w nieporządku są. Może ty mi powiesz co takiego, co mię mądrym zrobi!
Leopold słuchał mowy tej, drżącej naprzód łagodną pokorą, a potem zapałem młodzieńczym, z ciekawością, w której był też odcień szyderstwa.
— I owszem! — rzekł. — Jeżeli pan chce dowiedzieć się czego ode mnie, to ja panu powiem! Czemu nie? Ja wiele mogę powiedzieć!
— Leopold! Ty nie nazywaj mnie panem. Mnie to przykro, bo ja ciebie bardzo kocham...
Leopolda zdziwiło widocznie naiwne to oświadczenie.
— Mnie to bardzo miło — wymówił — ale my pierwszy raz widzimy się z sobą!
— To nic! — zawołał Meir. — Ale ja dawno już chciałem zobaczyć takiego Izraelitę, jak ty jesteś... i powiedzieć jemu, jak rabbi Eliezer powiedział jerozolimskiemu mędrcowi: „Niech ja będę twoim uczniem, a ty bądź moim nauczycielem!”.
Tym razem zdziwienie wyraźnie już bardzo odmalowało się na twarzy młodego światowca i wyraźniejszym stał się towarzyszący mu odcień szyderstwa. Widać było, że nic a nic nie rozumiał sensu mowy młodzieńca i że wydawał się on mu wpółdzikim człowiekiem.