— A czemu ty wełny nie masz do przędzenia? — zapytał Meir.

— Odniosłam Hanie Witebskiej i Sarze, żonie Bera, to, co dla nich uprzędłam, a one mi więcej roboty nie dały.

— Czy one tobie nic złego nie powiedziały? — porywczo zapytał Meir.

Gołda milczała znowu przez chwilę.

— Ludzkie oczy mówią czasem gorsze rzeczy jak usta — wymówiła spokojnie.

Widocznie skarżyć się nie chciała ani obwiniać nikogo. Być może zresztą, iż mało obchodziło ją wszystko, co się tyczyło jej samej, i że umysł jej był czym innym zajęty.

— Meir! — rzekła. — Ty w tych dniach wielką nieprzyjemność miałeś...

Meir usiadł na małej, wąskiej ławce stojącej pod otwartym oknem, oparł głowę na dłoni i westchnął ciężko.

— Największą zgryzotę ja dziś miałem — odpowiedział. — Lud mój odwrócił twarz swoją ode mnie i za wroga swego mię ogłosił... Kędy przechodzę, widzę na miejscu przyjaźni nieprzyjaźń, a ci, którzy przede mną serca swoje otwierali, mają mię teraz w podejrzeniu...

Gołda smutnie pochyliła głowę, Meir mówił po chwili dalej: