Jankiel przebierał palcami nici wiszące u rozpostartego przed nim na stołku tałesu, mówiąc:

— Wielkim jesteś Boże, Panie świata! Bardzo wielkim! Oblokłeś się wielkością i światłością jako płaszczem!

Jenta kłaniając się wciąż, wzdychać ciężko zaczęła:

— Błogosławionym bądź, Boże, Panie świata — szeptała — który dajesz siłę zmęczonemu, sen z oczu a drzemanie z powiek moich spędzasz.

Wziął na koniec Jankiel ze stołka tałes swój, a owijając się płaszczem tym z białej, miękkiej materii o żałobnych szlakach, podniósł twarz wysoko i zawołał:

— Błogosławionym bądź, Panie świata, za to, żeś oświecił nas przykazaniami swymi i rozkazał nam oblekać się w cycele!

Potem jeszcze, kołysząc się wciąż i poruszając ustami, włożył na głowę rzemień ze sporym guzem, przylegającym do czoła, a inny podobny okręcając wkoło palca swego, wymówił:

— Zaręczę cię z Sobą na wieki! Zaręczę cię z Sobą w prawdzie, miłości i łasce! Zaręczę cię z Sobą w wierze, przez którą poznasz Pana!

Tak byli oboje zatopieni w modlitwach swych, że nie usłyszeli rozlegających się za nimi kroków męskich i śpiesznych. Meir Ezofowicz przeszedł szybko izbę, w której modlili się Jankiel i żona jego, i minąwszy izdebkę napełnioną łóżkami, skrzyniami i kołyskami, w których spało jeszcze dwoje małych dzieci, uchylił z cicha niskie drzwiczki prowadzące do izdebki kantora.

Szaro tu jeszcze było od porannego świtania. W błękitnawym zmroku tym, który napełniał izdebkę, twarzą zwrócony ku oknu stał Eliezer i modlił się także. Usłyszał on wejście przyjaciela, bo zrazu głowę ku niemu zwrócił, modlitwy swej jednak nie przerwał. Owszem, wzniósł nieco w górę białe swe ręce i jakby wezwać chciał przybyłego do wspólnych modłów, głośniej wymówił: