— Szaa! — syknął znowu flegmatyczniejszy i ostrożniejszy od towarzyszy swych Kalman.
Tym razem Eliezer drżeć już począł. Przebłysk domysłu jakiegoś w umyśle jego zaświtał.
— Meir! Meir! — zaszeptał z niezwykłą sobie gwałtownością. — Ja chcę stąd iść, ale tamtędy, koło nich, lękam się... bo oni domyślą się, że ja z ich sekretu dowiedziałem się czegoś...
Meir blady był jak chusta.
— Eliezerze! Bracie mój — zwołał — ja nie chcę, aby serce twoje pękło od żałości.
Mówiąc to, jedną ręką odsunął stół przy oknie stojący, drugą popchnął przyjaciela ku otwartemu oknu.
— Okno niskie — szepnął. — Idź! Idź do szkoły! Padnij twarzą przed Panem, módl się i płacz!
W mgnieniu oka Eliezer zniknął z izdebki. Wtedy Meir wyprostował się i rzekł do siebie:
— Nu! Teraz ja im pokażę się! Niech wiedzą, że tu były uszy, które słyszeć mogły!
Mówiąc to, otworzył niskie drzwiczki i wszedł do sąsiedniej izby.