— Szanowny panie rabinie — rzekł — chciałbym chwil kilka pomówić z panem bez świadków.

Todros milczał grobowo. Oddech jego tylko stawał się coraz śpieszniejszym, a oczy coraz płomienniejszymi.

— Panie mełamedzie! — rzekł szlachcic do bosonogiego człowieka w grubej koszuli. — Czy to może u was dzień taki, że rabinowi waszemu mówić nie wolno?

— Ha? — przeciągle zapytał reb Mosze.

Kamioński wpół śmiejąc się, wpół z gniewem zawołał ku stojącym za oknem ludziom:

— Dlaczego oni nie odpowiadają?

Długie nastąpiło milczenie. Twarze napełniające okno spoglądały ku sobie z widocznym zakłopotaniem.

— Nu! — ozwał się ktoś śmielszy. — Oni nie rozumieją tego języka, którym pan gada!

— A jakiż język, do licha, rozumieć oni mogą? — zawołał szlachcic.

— Nu — odpowiedział ten sam co wprzódy głos. — Oni umieją tylko po żydowsku!