— Na kogo oni teraz znów kamień rzucili? — zapytała i zatoczyła dokoła źrenicą, która pociemniała i błysnęła.
— Na mnie, alte bobe151! — odpowiedział spod przeciwległej ściany głos drżący niewysłowionym żalem.
— Meir! — krzyknęła prababka nie bezdźwięcznym już szeptem jak zwykle, ale donośnym, przeraźliwym niemal głosem.
Meir przeszedł izbę, stanął przed nią i obie jej małe, pomarszczone ręce ujął w swoje dłonie. Spuszczał ku twarzy jej wejrzenie pełne czułości i zarazem pytań, i próśb jakichś niewymawianych ustami, a ona podnosiła ku niemu złotawe swe źrenice, które niespokojnie migotać zaczęły.
Saul wstał z kanapy.
— Rafał! — rzekł. — Podaj mnie płaszcz mój i kapelusz.
— Dokąd ty pójdziesz, tate? — zapytali jednogłośnie obaj synowie.
Stary, z rumieńcami na twarzy, drżącym głosem odpowiedział:
— Pójdę, ażeby głowę moją przed Todrosem pochylić... Niech on nad zuchwałym dzieckiem tym sądu nie czyni, dopóki nie zgaśnie ogień gniewu, który zapalił się w duszy ludu...
Po chwili siwy patriarcha najdostojniejszej w gminie rodziny, długim, czarnym płaszczem okryty i w wysokim, świecącym kapeluszu na głowie, kroczył przez plac z wolna i poważnie. Stojące na placu czarne gromadki rozstępowały się przed nim, a składający je ludzie kłaniali się mu nisko. Ktoś jednak wyrzekł głośno: