— Biedny ty jesteś, rebe Saulu, że masz takiego wnuka...
Saul na zaczepkę tę nie odpowiedział, tylko wąskie wargi jego zacisnęły się silniej.
Dobra godzina upłynęła, zanim Saul z odwiedzin swych powrócił. Znalazł on wszystkich starszych członków rodziny swej zgromadzonych w izbie bawialnej. Meir był tam także; siedział on tuż przy fotelu prababki, której mała, sucha dłoń ściskała mocno połę odzieży jego.
Sara zdjęła płaszcz z ramion ojca.
— A co ty, tate, przyniosłeś nam stamtąd? — zapytał Rafał.
Saul oddychał ciężko i ponuro patrzał w ziemię.
— Co ja stamtąd przyniosłem? — odpowiedział po chwili milczenia. — Wstyd i gniew wielki przyniosłem. Serce Todrosa raduje się nieszczęściem, które przytrafiło się domowi Ezofowiczów... Uśmiechy jak węże pełzają po żółtej twarzy jego.
— A co on powiedział? — zapytało parę głosów.
— On powiedzal, że bezbożnemu i zuchwałemu wnukowi memu za długo pobłażał... Reb Mosze i Kamionker, i cały lud proszą jego, żeby on nad Meirem sąd uczynił... Na prośby moje on sąd ten do jutrzejszego wieczora odłożył i powiedział, że jeżeli Meir upokorzy się przed nim, a cały lud o przebaczenie grzechów swoich prosić będzie... na głowę jego lżejszy wyrok spadnie...
Oczy wszystkich obecnych zwróciły się ku Meirowi.