— A co ty, Meir, powiesz na to? — zapytano chórem.
Meir myślał chwilę.
— Dajcie mnie trochę czasu — odpowiedział — może ja sobie do jutrzejszego wieczora ratunek jaki znajdę.
— A skąd ty ratunek ten mieć możesz? — zawołano.
— Pozwólcie, żebym ja wam do jutrzejszego ranka nie odpowiadał — powtórzył Meir.
Wstrząsając głowami, umilkli wszyscy. Oznaczało to milczące przyzwolenie.
W sercach wszystkich obecnych uczucia obawy i gniewu walczyły z uczuciem dumy. Gniewali się na Meira, lękali się o niego i o spokój a pomyślność całego domu swego, ale zarazem przykrą im była myśl, że jeden z członków rodziny ich upokorzyć się ma przed rabinem i ludem.
— Co to można wiedzieć? — rzekł Rafał do brata. — Może on sobie radę jaką znajdzie...
— Może matka jego pokaże się jemu w nocy i nauczy go, jak on ma czynić... — z cicha westchnęła Sara.
Spóźniony obiad zszedł w głuchym milczeniu przerywanym tylko westchnieniami kobiet i płaczem dzieci, którym matki zabraniały szczebiotać i śmiać się. Stroskani i posępnie wyglądający członkowie rodziny z zadziwieniem spoglądali od chwili do chwili na starą Frejdę, objawiającą wciąż szczególną jakąś niespokojność. Wprawdzie nie mówiła ona nic, ale nie zadrzemała w ciągu obiadu ani razu, owszem, poruszała się wciąż na krześle swym, spoglądając to na stłuczoną szybę, to na Meira, to na miejsce pośrodku izby, na które przed paru godzinami upadł był kamyk rzucony z ulicy.