Todros nie odpowiedział. Oczy błyskały mu ostro, niemal dziko. Namyślał się.
— Nassi! Czy ty jemu zrobić to pozwolisz?
Todros milczał jeszcze chwilę, potem odpowiedział stanowczym głosem:
— Pozwolę!
Reb Mosze aż drgnął cały.
— Rabbi! — zawołał. — Ty jesteś najmędrszym ze wszystkich ludzi, którzy na tym świecie żyli, żyją i będą żyć... ale czy mądrość twoja pomyślała o tym, że pisanie to odwrócić może duszę ludu od ciebie i świętego Zakonu naszego?...
Todros groźnie na mówiącego spojrzał.
— Ty nie znasz duszy ludu mego, kiedy tak myśleć i mówić możesz. Nie na to pradziad mój i dziad, i ojciec, i ja sam nad duszą tą z całych sił naszych pracowaliśmy, aby ją łatwo było od nas odwrócić...
— Niech on pisanie to przeczyta — dodał po chwili — niech obrzydliwość ta wyjdzie raz spod ziemi, gdzie ukrywała się dotąd, ażeby można było ją ogniem gniewu spalić, a prochy jej kamieniem pogardy przycisnąć... Niechaj on pisanie to czyta... on dopełni tym miary grzechów swoich i spocznie wtedy na nim mściwa ręka moja!
Przez chwilę panowało milczenie. Mistrz myślał, wielbiciel jego patrzał mu w twarz jak w tęczę.