— Ludzie przyszli, morejne, i krzyczeli na nią, żeby ona pisanie jakieś dała... długo krzyczeli... a ona krzyczała, że nie da! nie da! nie da!... a koza w sieni tak biegała... biegała i meczała...
Meir coraz więcej drżał, ale dłoń łagodnie opierał na głowie dziecka i pytał ciągle:
— A potem co było? Co było?
— Morejne! Ona potem prząśnicę swoją do rąk wzięła i przed zejdem swoim stanęła... ja z krzaku widziałem... Ona była taka biała, i prząśnica była biała, a ludzie byli czarni... i pomiędzy nimi koza biała biegała, i coraz gorzej krzyczała...
— A potem... a potem...
Łzy nabiegły do oczu dziecka.
— Potem, morejne, już ja nie patrzałem i w krzak schowałem się, i bardzo trząsłem się od strachu, bo w chacie był taki szum... taki szum i takie jęczenie... Potem ludzi poszli... i ją ponieśli... i dziada jej ponieśli, a koza pobiegła na górę mecząc, i nie wiem, gdzie podziała się...
Meir wyprostował się i spojrzał w niebo zmartwiałym prawie okiem. Wiedział już wszystko.
— Gdzie ich ponieśli? — zapytał jeszcze głuchym głosem.
— Tam!