— Bili! — wymówił.
Pierś jego załkała pod cisnącymi ją i w rękaw schowanymi rękami.
— A śniadanie ty jadłeś?
Dziecko przecząco wstrząsnęło głową.
Meir zdjął z pobliskiego ubogiego stragana wielką chałę (bułkę), za którą rzucił straganiarce miedziany pieniądz, i dał ją dziecku. Lejbele pochwycił chałę w obie dłonie i chciwie pożerać zaczął, lecz w tejże chwili wyskoczył z chatki wysoki, chudy, giętki człowiek, z gęstym, czarnym zarostem, z bladą, stroskaną twarzą, i rzucił się ku Meirowi. Pochwycił naprzód rękę jego i do ust ją podniósł, a potem wyrzuty czynić mu zaczął.
— Morejne! — zawołał — na co ty jemu chałę dałeś? Ty odwrócić od niego powinieneś twarz swoją! To takie głupie, paskudne dziecko! uczyć się nie chce i mnie wstyd robi! Mełamed, niech sto lat żyje, męczy się bardzo, żeby jemu głowę oświecić, ale to taka głowa, co nic nie rozumie! Mełamed jego bije i ja jego biję, żeby nauka do głowy jemu lazła, a co to jemu pomaga? Nic nie pomaga! On alejdyk gejer (próżniak) jest, osioł, paskudztwo!
Meir patrzał na chłopca pożerającego wciąż bułkę.
— Szmulu! — rzekł. — On nie jest próżniak ani osioł, ale on chory!
Szmul wzgardliwie rzucił ręką.
— Jaki on chory? — krzyknął. — On chorować zaczął wtedy, jak jego do nauki popędzili! Wprzód był on zdrów, wesoły i rozumny! Ach! Jakie to było piękne i rozumne dziecko! Czy ja mógł spodziewać się takiego nieszczęścia, co z nim teraz zrobiło się!