Meir wciąż gładził dłonią roztargane włosy bladego dziecka z idiotycznym wzrokiem.

Wysoki, cienki Szmul pochylił się znowu i pocałował go w rękę.

— Morejne! — rzekł. — Ty bardzo dobry jesteś, kiedy litujesz się nad tym głupim dzieckiem!

— Na co ty mię, Szmulu, morejne nazywasz? — zaczął Meir.

Przerwał mu Szmul pośpiesznie:

— Ojcowie ojców twoich byli morejnami, zejde twój i stryjowie twoi morejnami są i ty, Meir, prędko morejnem będziesz!

Meir ze szczególnym jakimś uśmiechem głową wstrząsnął.

— Ja, Szmulu, nigdy morejnem nie będę! — rzekł. — Mnie tego honoru nie zrobią i ja... jego nie chcę!

Zastanowił się Szmul i pomyślał. Potem nachylił się do ucha młodzieńca i cicho szepnął:

— Ja słyszał! Ty, Meir, z wielkim rabinem naszym i kahalnymi zgody nie trzymasz!