— Pan tu? Jakim sposobem? Dlaczego?
— Jakim sposobem? dlaczego? — powtórzył tym głosem, o którym myślała, że nigdy go już nie usłyszy, i zaśmiał się tym śmiechem, za którego perłowe dźwięki oddałaby chętnie huczne oklaski, których pełno bywało wszędzie, gdziekolwiek bywała.
Siadając, wesoło i swobodnie, z radością w głosie, mówił:
— Panią dziwi, że tu przyjechałem? Dlaczego to panią dziwi? Rzecz tak prosta! Nie znalazłem pani tam, gdzie zostawiłem, i puściłem się w pogoń za zbiegiem. Byłbym tak, dowiadując się, zapytując, jechał aż za granicę świata, bo na sam koniec jego, zdaje się, że już przybyłem. Lecz bagaż, który przywożę ze sobą, pełen jest gniewu, kłótni, wyrzutów...
O gniewie i kłótni mówiąc, ruchem wytwornym wziął jej rękę i do ust przycisnął. W nizkiem pochyleniu się pięknej głowy była cześć, w długim pocałunku ust gorących — miłość. Jedną i drugą uczuła i, zwiędła w przebytej męce, rozkwitła rumieńcem i uśmiechem; lecz od nagiego załamania się linii losu drżąca jeszcze rzekła:
— Gniew! wyrzuty! Za co?
— Za niepokój ogromny, zawód, tęsknotę, żal...
— Czyje?
— Pani nie odgaduje? nie domyśla się? nie wie?
— Domysły i odgadywanie napełniały mi tak długo wszystkie dni miesięcy i wszystkie minuty dni...