Ironia i złośliwość, które wrzały w niej przed chwilą, znikły bez śladu, czuła już tylko, że mąż jej odjedzie i cały jej plan dnia szczęśliwie z nim spędzonego pierzchnie.
— Muszę — obojętnie odpowiedział Zygmunt.
— Dokąd? — zapytała znowu i ramionami objąć go próbowała, ale on twarzą zwracając się ku oknu, po paru sekundach milczenia odpowiedział:
— Do Korczyna!
Zbladła i znieruchomiała.
— Zygmusiu...
Głos jej był teraz cichy, zdławiony.
— Que veux tu, chére enfant27.
— Ty tam nie pojedziesz, Zygmusiu...
Szybko zwrócił się ku niej i z głębokim zdziwieniem zapytał: