— Być nie może — zaprzeczył — pani tak tylko, z łaski swojej... Tyle lat... Widziałem ja ją... będzie temu lat trzy, w kościele... u! zmieniła się, postarzała... ze wszystkim już insza, jak była.

— Od wielu lat wujowi memu pomaga i ciężko pracuje — wtrąciła Justyna.

Trochę urągliwy uśmiech po ustach mu przemknął i ciszej rzekł:

— A lękała się pracy! Ot, wszystko jedno, pracować wypadło...

Zamyślił się, długą, bladą ręką poprawił nad czołem czapkę i daleko kędyś bladymi oczami patrząc, monotonnym swym głosem wymówił:

— Poranek widział kwitnącą, rumianą, a wieczór babą obaczył...

Czy ta krótka rozmowa zajęła go i ożywiła lub też sposób wyrażenia się Justyny przypomnieniem czegoś dawno minionego pociągał go ku niej — postąpił krok naprzód i na ławce, dość jednak daleko od niej, usiadł.

Wtem zza węgła domu ukazał się Jan, na rozmawiających spojrzał i nie zbliżając się przemówił:

— Stryju, panience sad nasz bardzo się upodobał!

— Chodźże tu! — zawołał Anzelm.