Chłopak widocznie walczył z sobą.

— Kiedyż jeszcze koniom nie wszystek owies zasypałem...

— To idź i zasypuj!

A zwracając się do Justyny, znowu trochę czapki uchylił:

— Bardzo kontenty jestem, że się pani mój sadek upodobał. Wszystko to pochodzi z mego własnego sadzenia i starania. Gdyby pani dziesięć lat temu tu przyszła, obaczyłaby same rudery, badyle, śmiecie i paskudztwo...

Justyna powiedziała mu, że słyszała o jego długiej i ciężkiej chorobie.

— A... a... a... od ko... kogo?

Zdziwił się tak, że aż jąkać się zaczął. Blade oczy jego z wytężeniem w twarzy jej utkwiły.

— Czyżby w Korczynie kto jeszcze o mnie wspo...wspo... mi...

Machnął ręką i prędko dodał: