— Język miałbym nienawidzić? A cóż on winien. Czy to on podbija, bierze w niewolę, krzywdzi, gnębi?
Uśmiechnęły się poważne dziś usta oficera.
— Nu, da! ale ludzi, co tym językiem gadają, to pan pewno użas kak nienawidzisz.
Awicz ramionami wzruszył.
— Nie wszystkich. Tych, którzy mi matkę mordują i braci dręczą, nienawidzę, ale tych, co żyją gdzieś tam daleko ani myśląc o tym i żadnej korzyści z tego nie odnosząc, tylko żałuję, bo złość jak jad przenikając cały organizm i w nich przeciec może. Wiesz pan co...
Tu zerwał się z zydla i z energicznymi gestami kończył:
— Z moją naturą nienawiść się nie godzi. Ja bym wolał wszystkich ludzi kochać, ze wszystkimi być w zgodzie... Cóż, kiedy taki jeszcze świat!
— Taki jeszcze świat! — jak echo powtórzył oficer. Ale więzień o rzeczach bolących dziś długo mówić nie chciał. Był cały różowy od dzisiejszego widzenia się i od dzisiejszej rozmowy. Wzrok jego upadł na szybkę w oknie otwartą.
— Jaka cudna zorza! — zawołał. — Spójrz pan!
Nad pasem lasu słały się istotnie purpury zorzy już prawie jesiennej, jaskrawej, a smętnej. Podszywały je ognie przysłonięte, tajemnicze i wypływało znad nich jezioro bladego złota.