Ona, posmutniawszy, znowu mówiła dalej:

— Do jaśnie wielmożnego pana, ja, jak do Pana Boga... Powiedział Mikołaj: zanieś panu pieniądze, on Filipkowi pomoże... Zaniosłam najpierwej te, co dla Filipka zapracowałam... Powiedział potem o tym oficerze, co to nie zgadzał się... ja i te pieniądze, co na śmierć sobie schowałam, jemu oddałam, żeby on jaśnie wielmożnemu panu dla tego oficera posłał. I już serce mi się radowało, że Filipek wyratowany, że go na zimowanie do Milewa przyszlą.

Teraz Kaprowski zupełnie już wszystko przypomniał sobie o tej babie. Chciał przerwać jej mowę, aby prędzej z nią skończyć, ale ona dodała jeszcze:

— A teraz, jaśnie wielmożny panie, ja przyszłam, żeby o tych rewizorach się dowiedzieć... Co by tu zrobić? Niech jaśnie wielmożny pan ratuje mnie biedną, żeby te rewizory Filipka wysyłać nie kazali...

Znowu Kaprowski nie wiedział, o jakich to rewizorach baba mówiła. Wszystko to było tylko bajką, którą Mikołaj dla zastraszenia biednej kobiety i wyłudzenia pieniędzy wymyślił.

— A któż ci o tych rewizorach gadał? — z niecierpliwością zapytał, chcąc wyciągnąć wiadomość od Krystyny.

— Mikołaj, jaśnie wielmożny panie! A któżby, jeżeli nie Mikołaj! Powiedział wczoraj: pan adwokat pisał do mnie tak a tak... Ja myślałam i myślałam... Boże mój, Boże! Co ja zrobię! wzięłam i przyszłam...

Kaprowski pomyślał chwilę.

— A mówił-że Mikołaj, że pieniędzy potrzeba?

Kobieta znowu pochyliła się mu do kolan, a wyprostowawszy się, strwożone oczy w twarz jego wlepiła i drżącym głosem mówić zaczęła: