— Jaśnie wielmożny panie, bądźcie nademną litościwi — zróbcie już teraz bez pieniędzy. Toż ja już tyle dałam. I Filipka pieniądze oddałam, i swoje śmiertelne oddałam. Zróbcie już teraz tak, bez niczego... Skąd ja wezmę?

Kaprowski nachmurzył się i znowu zapytał:

— Czy Mikołaj ci nie mówił, na co, dlaczego, ile potrzeba?

— Mówił, jaśnie wielmożny panie, wszystko mówił... Ale, panie najmiłościwszy, zlitujcie się nademną i zróbcie co z temi rewizorami... Tak już, bez niczego...

Kaprowski zesztywniał, podniósł głowę i wydął usta.

— Moja kochana — rzekł zimno — powiedzże ty mnie: Czy ja jestem Panem Bogiem?

— Nie.

— A no! Kiedy nie jestem Panem Bogiem, to jakże chcesz, ażebym cokolwiek mógł zrobić bez pieniędzy. Pieniądze na tym świecie, to, moja kochana, wszystko. Bez pieniędzy człowiek sam nic nie wart i interes jego nic nie wart.

W ciągu tej przemowy Gozdawa w sutej siermiędze i z roztropnym, śmiałym wyrazem twarzy, wsłuchiwał się w mowę jego tak uważnie i z takim wygięciem szyi, jakby każde słowo chciwie połykał. Przytym, od czasu do czasu, potwierdzająco głową wstrząsał, uśmiechał się i oczyma błyskał. Krystyna ani razu nie podniosła oczu, ani rąk u piersi złożonych nie rozplotła. Gdy Kaprowski przestał mówić, podniosła zwolna powieki i raz jeszcze swoje prawić zaczęła:

— Jaśnie wielmożny panie! zlitujcie się nademną, zróbcie już teraz tak... bez niczego...