Kaprowski uczynił gniewne poruszenie.
— Jeżeli pieniędzy nie nasz, nie trzeba było tu przyłazić, aby mnie tylko nudzić i czas mi zajmować. Idź sobie! no, ruszaj z Panem Bogiem!
Krystyna zdrętwiała z trwogi. Możnaby myśleć, że gniew adwokata przemienił ją w słup niemy i martwy. Zlękła się okropnie. Wypędzają. Jeżeli wypędzi — to nic nie zrobi, a jeżeli nic nie zrobi, to co będzie z Filipkiem i z temi pieniędzmi, które już dla niego wydała? Ręka jej podniosła się ku piersi, a palce wsunęły się za siermięgę, — jakby z zanadrza coś wydobyć miały. Na myśl jej przyszedł Antek. Boże mój, Boże! Toż to jego pieniądze, a on jest jej dzieckiem, tak samo, jak i tamten! Przypomniała sobie szorstki głos jego i srogie spojrzenie, z jakiem mówił jej niegdyś, aby jego pieniędzy nie oddawała, za nic nie oddawała, bo do śmierci jej tego nie zapomni! A jak nie zapomni i serce swoje od niej odwróci? Ale tamten? Obejrzała się i na Gozdawę rzuciła spojrzenie prawie nieprzytomne. Spojrzeniem tym zdawała się mówić:
— Ty chłop jesteś, tyś mądrzejszy odemnie głupiej baby! Jeżeli Boga masz w sercu, ratuj! poradź!
Gozdawa też i sam już z radą pośpieszał; przybliżył się ku Krystynie i szeptać coś zaczął, prawie do ucha. Włościanie milewscy nie tyle, co ona, dali i dadzą jeszcze, a cóż? Kiedy trzeba, to trzeba! Krystyna słuchała szeptu roztropnego gospodarza, ale wahała się jeszcze. Myśl o Antku, o krzywdzie, jakąby mu wyrządziła i o stracie jego przywiązania, kuła ją w serce i powstrzymywała rękę. Nagle postąpiła ku ścianie i, plecami do pokoju zwrócona, wydobywała z zanadrza grubą, nicianą pończochę, u końca sznurkiem przewiązaną. Długo ją rozwiązywała i znowu do biurka podeszła. Dźwięk wysypywanych na stół monet rozległ się po pokoju. Kaprowski patrzał i śmiał się.
— Ależ pieniądze! Dwuzłotówki, czterdziestówki, złotówki, dzesiątki, szóstki nawet — wszystkiego pełno!... Cha, cha, cha, cha! Skąd ty, babo, takich pieniędzy tyle nabrać mogłaś?
Rozsypane monety wyraźnie mówiły: za dzień pielenia pszenicy, za dwa dni żniwa, za przynoszenie wody, za dojenie krów u pachciarza, za rwanie gryki, za zbieranie kartofli... za grabienie siana... Przez lat dziewiętnaście... Przez lat dziewiętnaście, przez lat dziewiętnaście!..
Pieniądze, przez Krystynę na biurko wysypane, mówiły i opowiadały o smutnej doli, o ciężkiej pracy, o wiecznym poście; o karku, po dniach całych ku ziemi schylonym; o czole, zlewanym strumieniami potu; o stopach bosych, rękach bliznami i guzami pokrytych...
— Czegóż chcesz jeszcze? — dość łagodnie zapytał Kaprowski.
— Jaśnie wielmożny panie! — to już te rewizory tera nic nie zrobią?