— Nic, nic nie zrobią, bądź spokojną i wracaj do domu.

— Najmiłościwszy panie! — zawołała — niech panu Pan Bóg wszechmogący wynagrodzi... już ja więcej panu dokuczać nie będę... pójdę tylko z synkiem zobaczyć się do kazarm...

Radość twarz jej rozpromieniła, ale Kaprowski nagle zląkł się czegoś.

— Ani waż się, moja kochana, ani waż się iść do syna... zobaczyć go teraz nie możesz.

— Panie najjaśniejszy! — zawołała — pozwólcie mnie dziecko moje zobaczyć... pozwólcie mnie zobaczyć go choć na minutkę, na minuteczkę, choć żebym ja raz na niego spojrzała...

Upadła mu do nóg i nietylko obejmowała, ale i całowała jego kolana. Kaprowski stanowczym tonem rzekł:

— Moja kochana! zobaczyć teraz syna twego nie można... uchodzi on za chorego i jest w takim miejscu, do którego nikogo a nikogo nie wpuszczają. Jeżeli nie chcesz, aby cały interes djabli wzięli, wracaj co tchu do chaty, co tchu, zaraz, natychmiast i siedź cicho... ani się tu pokazuj... czy słyszysz?

Jakżeby słyszeć nie miała, kiedy słuchała uszami, oczami, całą duszą. Słuchała i rozumiała. Jeżeli napierać się będzie o zobaczenie Filipka, interes djabli wezmą.

Cicho wyrzekła:

— Dziękuję jaśnie wielmożnemu panu! Jam już kontenta i do chaty pójdę! Żęby tylko te rewizory nic nie zrobili, żeby Filipek na zimowanie do Milewa przyszedł... Dziękuję jaśnie wielmożnemu panu.