— Masz zapewne rodzeństwo?
— H-a-a-a?
Nie zrozumiała.
— Czy masz siostry i braci?
Uczyniłam przytem ręką ruch taki, jakbym ukazywała różne dziecinne wzrosty i bardzo zdziwiłam się na widok dwu prawdziwych snopów świateł, które z jej oczu wytrysnęły. Były to światła wesołe i miękkie, od których cała twarz jej żółta, chuda i brudna stanęła w słodyczy i ogniu. Możeby przemówiła nakoniec, lecz w tejże chwili spostrzegła Lejbową, szybko i z rozmachem ramion z obory ku oficynie dążącą. Rzuciła się więc w głąb kuchni i podartemi trzewikami o podłogę klapiąc, schylając się, to prostując, balejkę z mydlinami na stronę usuwała, z piecowej paszczy wyjmowała garnki, polana w nią wkładała, ogień nieciła, wyszczerbionym kubkiem czerpała z wiadra wodę. Odeszłam i po miękkiej, złotemi gwiazdkami nakropionej trawie ku szerokiemu, złotemu polu idąc, a drzew śpiewających, wody pluskającej i ludzi gwarzących, nucących słuchając, coraz dalej za sobą pozostawiałam ciemną, śmierdzącą, brudną izbę i mieszkającą w niej istotę ludzką. Wkrótce też zapomniałam o niej zupełnie i zobaczyłam ją po raz drugi zaledwie po paru tygodniach, znowu przez okno, ale tym razem zamknięte, bo niebo było dnia tego pochmurne, a od strony rzeki wiał, szumiał, aż wył niekiedy gwałtowny wicher. Bywa to czasem, że maj wyprawia wielbiącemu go światu takie przykre sceny. Są to podówczas koncerty chłodu, przelatujących jak wodne huragany deszczów, szalonych wyścigów chmur u góry, którym na dole przygrywają płaczliwe gwizdania i ponure szumy. Po wilgotnej trawie, pod rozpacznie miotającemi się drzewami, wzdłuż oficyny idąc, usłyszałam znowu wmieszany w koncert natury głos ludzki, ale tym razem, jakby kaprysom jej na przekór, wesoły i szczęśliwy. Brzmiał on za zamkniętym oknem, w które też wnet spojrzałam. Ta sama kuchnia ciemna, brudna i tak ostremi wyziewami napełniona, że czuć je nawet przez zamknięte szyby, a śród niej ta sama dziewczyna z ogromnymi, czarnymi włosami, nie rozplecionemi tak jak wtedy, ale grubą, długą, rozczochraną kosą, na dziury kaftana opadającymi. Wyglądała przecież tak zupełnie inaczej, niż podówczas, jakby ją urok jakiś w inną istotę przemienił. Po kuchni, tak jak i podówczas, łupinami jaj i kartofli usianej, chodząc, na ręku trzymała roczne dziecko Lejby, nosiła je, huśtała, w obu dłoniach powyżej własnej swej głowy podnosiła i nagle znowu, ku piersi je opuszczając, na roześmianej, małej jego twarzy, składała głośne całusy. Śmiała się przytem; śmiali się oboje. Przemawiała do dziecka po żydowsku ciągle; nie rozumiałam tego co mówiła, ale w zagięciach i dźwiękach jej głosu słychać było pieszczotliwe nazwy, wesołe pytania, figlarne pogróżki. Nie była więc niema. Takie same snopy wesołych i miękkich blasków jak te, które przy wspomnieniu o jej małem rodzeństwie widziałam i teraz sypały się z jej źrenic, z za bladych warg błyskały w ciągłych uśmiechach drobne i białe zęby, gdy chodząc, raczej biegając, zwracała się w różne strony, ruchy jej miały wdzięk elastyczny, a nogi bose, bronzowe, z ohydnych płytkich trzewików zdawały się wyrywać, wyskakiwać do biegania po polu i łące, do tańca. Przed odejściem od okna widziałam jeszcze, jak pochwyciwszy swoją ogromną kosę, z uśmiechem i całusami, podała ją do zabawy dwom malutkim, dziecinnym rękom, które też niemiłosierne rzeczy dokazywać z nią zaczęły. Targane, skubane, wyrywane włosy ból jej sprawiać musiały, ale ona wcale o niego nie dbała i śmiała się cichym, rozkosznym śmiechem, a resztki czerwonych blasków od wygasającego w piecowej paszczy ogniska, na twarzy jej, ku dziecku pochylonej, igrały mnóstwem swawolnych, płomiennych połysków.
Lecz maj i tę także posiada właściwość, że kaprysy swoje wynagradza światu śpiesznie i stokrotnie. Że wczorajszą posępną burzę dziś promienną pogodą wynagrodzić on zamierzał, oznajmiało o tem czarownie piękne świtanie. Jest to chwila, w której nietylko niebo, ale powietrze, ziemia i wszystko, co na niej, są bardzo błękitne, a pośród powszechnej tej barwy, tylko rzeka w głębokim dole wije się srebrnym pasem i nad nią, u skłonu nieba płonie różany szlak jutrzenki. Zresztą, cisza jest tak głęboka, że słychać zdala pluski ryb, w znikome kręgi rozbijających srebrną powierzchnię wody i że ryby wydają się jedynymi żywymi mieszkańcami ziemi, gdyż liście nawet, te wiotkie i wiecznie szepcące twory, nieruchomością swoją nadają drzewom i krzewom pozór kamiennych, blado-błękitną krepą owianych rzeźb.
Z wysokiej góry schodziłam nad rzekę, pełna uciechy i dumy, że pierwsza z mieszkańców tego miejsca ujrzę ten cudny poranek. Nie; ktoś przedemną jeszcze rozstał się ze snem i nad samym brzegiem wody stoi tak nieruchomo i cicho, jakby przez to chciał w doskonałą harmonję zlać się z cichą i nieruchomą naturą. Jest to dziewczyna średniego wzrostu, której kibić więcej niż do połowy okrywa płaszcz czarnych, rozpuszczonych włosów. Lecz ani te wspaniałe włosy, ani zarzucony na świat cały woal z bladego błękitu nie zakrywają brudnych, dziurawych łachmanów, w które jest ona odzianą i nie czynią bielszemi jej stóp brunatnych, które, zupełnie tym razem bose, do połowy znikają wśród ostrych kamieni wybrzeża. Tuż przy tych stopach, stoją dwa wiadra do grubego drąga uczepione i napełnione wodą. Miała je zapewne ona wziąć na ramiona i na górę zanieść, ale coś ją od tego wstrzymało; stanęła i w coś się zapatrzyła, w co? nie wiedziałam, bo ze stoku góry na nią patrząc, twarzy jej widzieć nie mogłam. Jednak długo twarz ta obróconą była ku jutrzence, potem niezmiernie powolnym ruchem wzniosła się nieco w górę, nakoniec skłoniła się niżej i gdy w rzece, tuż przy brzegu, ryba, gwałtownie za żerem podskakując, rozbiła srebro powierzchni i wznieciła na niej szybkie koliste, długo wirujące ruchy, usłyszałam cichy, pełen zadowolenia śmiech. Tak śmieją się dzieci na widok radującej je zabawki. W ten zaś sposób zaśmiawszy się z żarłocznie podskakującej ryby i ze swawolnie wirującej wody, odwróciła się i nisko schylona, z wysileniem na ramię wzięła drąg z dwoma wiadrami u końców. Gdy na tę stronę, której drąg ciężył, kaleko przechylona, z długiemi cieniami spuszczonych rzęs na żółtych policzkach, obok mnie przechodziła, przemówiłam do niej:
— Dzień dobry!
Długie rzęsy podniosły się i ukazały oczy bardzo zdziwione.
— Wcześnie dziś wstałaś.