Było to już własnością chłopca tego, że gdy tylko czuł się rozjątrzonym, zaczynał mówić o dyabłach i żółtawe brwi drgały mu nad ostro błyskającemi oczyma. Marcysia ocierała sobie piąstką załzawione oczy.
— Przestań mazać się! — krzyknął na nią — jak jeszcze raz zapłaczesz, rzucę cię tu i rób sobie sama, co chcesz! Mażesz się, żeś bułki nie dostała... no, i mnie jeść chce się jak wszystkim dyabłom, a czy beczę! rozum lepszy jak beczenie! zobaczysz! wracając, kupim sobie kilka bułek...
Poszli daléj.
On miał wtedy lat ośm, ona pięć. Jego ubranie składało się z szarawarów płóciennych, krótkiego spencerka i grubéj koszuli, szeroko u piersi rozwartéj, jéj — z sinéj płócienkowéj spodniczki, przepasującéj koszulę, związaną u szyi brudną czerwoną tasiemką. On, na ciemnych, krótko ostrzyżonych włosach miał czapkę zmiętą, wyplamioną i tak dla niego dużą, że co chwilę zsuwała mu się na oczy; ona nie miała na głowie nic, prócz włosów gęstych, jedwabistych, które gładkiemi pasmami spływały na jéj ramiona i świeciły pod słońcem, jak gorąco roziskrzone złoto. Oboje byli bosi.
Tak, trzymając się za ręce, weszli na ludne i pełne już ruchu ulice miasta. Tu, u wstępu zaraz, zabiegła im drogę gromadka chłopców, na któréj czele znajdował się Franek, ów, tak zręcznie ściągający sery z wozów chłopskich.
— Władek! Władek! — wołali z daleka, — chodź na rynek... chłopi z wozów brukwie i marchwie gubią... takie smaczne...
Jakoż w ręku każdego prawie z malców znajdowała się surowa brukiew lub marchew.
Spostrzegłszy Marcysię, Franek zawołał:
— A to, co za panna?
— To Marcysia! — z powagą odpowiedział Władek, i z całéj siły uderzył pięścią jednego z chłopców, który przyskoczywszy, chciał uszczypnąć dziewczynkę w ramię.