Zaczęła-by się bójka, gdyby nie to, że środkiem ulicy przejeżdżał, opakowany i pocztowemi końmi zaprzężony, powóz, za którym chłopcy pogonili, czepiając się tylnych żelastw jego, wieszając się na nich, i po ujechaniu tak kawałka drogi, na bruk spadając.
Władek i Marcysia zmierzali ku rynkowi. Nie znaleźli już żadnéj marchwi ani brukwi, lecz w zamian Władek podniósł z bruku i starannie schował za koszulę brudny i przydeptany kawałek niedopalonego papierosa. Marcysia zapomniała o głodzie i przyglądała się mijanym ludziom, domom i wystawom sklepowym; gdy nagle Władek targnął ją za rękę i prędzéj iść zaczął. Dziewczynka zdążała za nim z całéj siły drobnych stóp swych, aż dogoniwszy niemłodego mężczyznę, w dostatniém ubraniu, idącego chodnikiem, kroku zwolnili, i Władek przyciszonym, monotonnym głosem mówić zaczął:
— Wielmożny panie! dobrodzieju najmiłosierniejszy, miej litość nad biednemi, opuszczonemi sierotami! rzuć grosik na kawałek chleba! daj proszącym, żebrzącym i z głodu umierającym...
Mężczyzna nie odwracał się; Władek, zasłoniwszy się ręką od przechodniów, wystawił za nim język, potém wnet znowu zaczął:
— Wielmożny panie! dobrodzieju najdobrotliwszy! biedne, głodne, nieszczęsne sieroty! rzuć okiem miłosierdzia...
Tym razem przechodzień sięgnął do kieszeni, i nie odwracając się prawie, rzucił na wyciągniętą małą rękę miedzianą monetę. Władek pokazał ją Marcysi.
— Widzisz! — szepnął, — będzie już za to jedna bułka dla mnie... a ty, kiedy chcesz mieć także bułkę, proś tak, jak ja...
I pociągnął ją w stronę, którą przechodziła pani jakaś, z łagodną, dobrotliwą twarzą.
W parę godzin potém znajdowali się oboje w głębi małego podwórka, którego brama wychodziła na cichy, błotnisty zaułek. Siedzieli na bruku, pokrytym grubą warstwą śmiecia, w kątku, utworzonym przez dwie murowane ściany, z opadającym tynkiem i czarnemi plamami wilgoci, pod okratowanemi z wewnątrz oknami jakiéjś zapewne śpiżarni. Jedli bułki, a Władek nauczał Marcysię rozpoznawania pieniędzy.
— Widzisz! — mówił, pokazując jéj na dłoni kilka miedzianych monet, — to trzy grosze, a to dwa, a to grosz... trzeba, żebyś dobrze przypatrzyła się i wiedziała potém, co dostajesz, i ile za bułkę, albo za co innego zapłacić... ot ta pani, tam pod Farą, dała dziesiątkę... Ona zawsze daje... dobra jakaś... to téż ja, ile razy ją zobaczę, zaraz do niéj lecę... już ja tu wszystkich znam, kto daje, a kto nie daje... i z twarzy rozpoznać umiem... kiedy widzę, że nie da, to i nie idę... i ty tak rób...